
Mahfouda poznałem w Algierze na konferencji pod pięknym i wzniosłym tytułem „Peoples' Right to Resistence. The case of Sahrawi People”. Konferencja, na którą trafiłem zresztą dość przypadkowo, zorganizowana została przez POLISARIO oraz CNASPS (Comitè National Algérien De Solidarité Avec Le Peuple Sahraoui). Stałem w korytarzu, rozmawiając z pewną Amerykanką, pracującą niegdyś w strukturach MINURSO. Właśnie opowiadała mi, jak po kilku latach pracy zrezygnowała ze swojego stanowiska w misji ONZ-etu. Przerwała nagle swą opowieść i wskazała na grupę ludzi wchodzących do hotelowego lobby.
- Widzisz tych chłopaków? Ciekawe, że pozwolili im tu przyjechać. Idź, porozmawiaj z nimi, oni przyjechali z terenów okupowanych. Możesz nie mieć innej okazji. Jeśli tam pojedziesz, Marokańczycy zadbają o to, byś się z nimi nie spotkał. Zrozumiesz też, dlaczego nie chcę już pracować w MINURSO.
- Może Ci się wydawać że moja opowieść będzie czymś nadzwyczajnym, ale tak nie jest. To samo ma za sobą wielu z nas. I to samo jest teraz udziałem wielu z tych, którzy są po drugiej stronie muru, tych młodych ludzi którzy manifestują na ulicach, tych którzy brali udział w Gdeim Izik - mówi Sidi Mohamed, goszcząc mnie w swoim namiocie. Z jego oczu bije ten rodzaj absolutnego spokoju i siły, który widać u ludzi, których już nic nie jest w stanie zaskoczyć. - Byłem w POLISARIO od samego początku, od 1974 r., gdy walczyliśmy jeszcze przeciw Hiszpanom. Wtedy to nie przypominało jeszcze armii. - W muzeum wojskowym w Rabuni (obóz administracyjny, w którym znajduje się większość instytucji państwa na wygnaniu) jest wystawa poświęcona pierwszej bitwie wojsk POLISARIO. W gablocie dumnie wyszczególniony stan oddziału Polisario – 17 żołnierzy, 10 strzelb, 2 lornetki, 4 wielbłądy, 2 siodła. Niespełna dwa lata później ta partyzancka armia stawiła czoło wojskom Maroka i Mauretanii wspieranej przez Francję, jednocześnie osłaniając ucieczkę swojej ludności do Algierii. - 6 listopada 1979 r. mój oddział, liczący wtedy około 300 żołnierzy, zaatakował pas transmisyjny, którym Maroko wywoziło fosforyty z naszych kopalni w Boucraa. Ale mieliśmy pecha, przeliczyliśmy się. Dostałem się do niewoli razem z siedmioma innymi chłopakami. Wtedy jeszcze nie podejrzewałem, że następne 17 lat spędzę w marokańskim więzieniu. - Sidi nalewa powolutku pierwszą szklaneczkę herbaty, dbając o to, by na powierzchni utworzyła się charakterystyczna gęsta pianka. Jak mówią Saharyjczycy, pierwsza szklanka jest gorzka jak życie. - Tam zobaczyłem, co to znaczy nienawiść, cierpienie, głód, choroba, poniżenie. W więzieniu Marokańczycy próbowali wszystkich sposobów, byśmy się poddali. Najpierw zaproponowali, że nas zwolnią na terytoriach okupowanych. To było dla nas oczywiście nie do przyjęcia. Nie moglibyśmy wrócić do naszych oddziałów i oznaczałoby to zgodę na okupację. Chcieli ponadto, byśmy poprosili króla o łaskę, byśmy się uniżyli i uznali jego władzę. Następnie starali się nas po prostu przekupić obietnicami przywilejów, korzyści materialnych. Mówili: dostaniesz dom, ziemię, dobrą pracę, tylko uznaj Hasana II jako swojego króla i pokłoń się mu. Ale my byliśmy nieugięci. Nasza pozycja była jasna: jesteśmy żołnierzami Frontu POLISARIO, walczymy o niepodległość naszego kraju i nie ma mowy o proszeniu o łaskę ani o uwolnieniu na terytoriach okupowanych. Jasno powiedzieliśmy: jeśli chcecie nas uwolnić, to zróbcie to przez ONZ i przekażcie nas POLISARIO, tylko na to się zgadzamy. W 1986 przeniesiono nas do głównego więzienia wojskowego w mieście Kenitra, 40 km na północ od Rabatu, miejsca słynnego, owianego złą legendą. Byliśmy w pojedynczych, malutkich celach. Pomimo ciężkich warunków, tortur psychicznych i fizycznych, głodu i zimna przez całe te lata nasza odpowiedź na żądania Marokańczyków była jedna i ta sama. To król powinien nas prosić o łaskę, bo najechał nasz kraj! Represje, jakim byliśmy poddawani, zmieniały się w zależności od tego, kto był za nie odpowiedzialny - niektórzy byli bardziej humanitarni, inni mniej, jedni mieli więcej fantazji, inni mniej.
