Inwestycje w sztukę, a szczególnie współczesną nabrały szerszego rozgłosu jakiś rok temu wraz z trudnym i skomplikowanym sukcesem Domu Aukcyjnego Abbey House. Piszącemu te słowa również nieobca była szydera z tego modelu biznesowego oraz radość ze śledzenia nieporadnej komunikacji tej instytucji z otoczeniem oraz kolejnych odsłon innowacyjnej oferty. Nie jest to jednak odosobniony przypadek..
REKLAMA
Całkiem niedawno zwróciłem moją życzliwą uwagę na twór nieco bardziej rynkowo okrzepły, choć łudząco podobny do DAAH – rumuński dom aukcyjny Artmark. Wiele elementów wydało mi się bardzo podobnych – podobna hybrydowa konstrukcja: dom aukcyjny, galeria i art fund w jednym. Rozmach imponujący – jest art index on line, aplikacja na iphona z notowaniami, raporty dla inwestorów. Pewnym zgrzytem jest brak informacji w języku angielskim – niemniej na stronie jest dostępny topornie działający moduł do automatycznego tłumaczenia na dowolny język. Jest też oczywiście zakładka gdzie wymienieni są eksperci Artmarku – i tu DAAH może się zawstydzić – znajduje się tam solidna lista utytułowanych naukowo nazwisk historyków sztuki, muzealników, kuratorów. Rynek jest młody i dynamiczny, więc nikt nie zawraca sobie głowy oddzielaniem działalności w instytucjach publicznych od ról sprzedażowych.
Tym co uderza jest utożsamienie sztuki z dobrami luksusowymi, co jest chyba największym nieporozumieniem ciążącym na obrocie sztuką. Dlatego biznesowy charakter działalności bukaresztańskiej instytucji trochę razi. Podobnie jak w polskim przypadku przeszczepia się rozwiązania podpatrzone na rynkach rozwiniętych. Poprzez swoistą wersję zakładu Pascala uznaje się, iż wystarczy założyć pewne makiety (rytuały) a rynek i obrót (wiara) sam przyjdzie. Rumunia jest krajem gdzie powstaje ciekawa sztuka, działają tam galerie obecne na najważniejszych imprezach targowych w Europie, lecz podobnie jak w Polsce rynek lokalny prawie nie istnieje. Niedawno goszcząca w Poznaniu w Daria Dumitrescu z galerii Sabot powiedziała mi ze śmiechem, że w Rumunii jest raptem dwóch kolekcjonerów sztuki współczesnej regularnie robiących zakupy. Klientami są zdecydowanie częściej instytucje publiczne, natomiast podstawą utrzymania i funkcjonowania liczących się galerii są wyłącznie klienci zagraniczni. W naszym krajowym przypadku liczbę kolekcjonerów szacuje się na około setki – liczba również nie jest porażająca, ale w tym zestawieniu napawa pewnym optymizmem.
Uczciwie trzeba oddać strategom Artmark, że koncentrują się na sztuce dawnej, powojennej oraz na aukcjach przedmiotów unikatowych ( m.in. pamiątkach po Nicolae Ceausescu), designie, antykach. To wszystko jednak za mało, by określać rynek dumnym mianem emerging. Do budzenia nadziei inwestycyjnych jednak jeszcze bardzo daleko. Podobnie jak w polskim przypadku racjonalny horyzont inwestycyjny należało by określić zamiast podręcznikowych 5-8 lat na przynajmniej 3 dekady.
Niemniej to co po pewnym czasie zwróciło moją refleksyjną i pełną życzliwości uwagę to czas założenia Artmark – 2008. Jest coś niezwykle znamiennego w europie wschodniej, że tak delikatna i wymagająca branża jaką jest niewątpliwie rynek sztuki jest postrzegana jako szansa w okresie kryzysu finansowego. Widać w tym pewien sarmacko-rzymski optymizm (Rumuni podobnie jak Sarmaci uważają się za potomków Rzymian) i wiara w we własne siły na przekór wszystkiemu. Dzieje się to w czasie, gdy m.in. brytyjskie art funds starają się ograniczać swoją działalność walcząc o przetrwanie na rynkach, gdzie kolekcjonerów liczy się jednak w tysiącach a płynność obiektów sztuki jest czymś przewidywalnym.
Inwestycje bez rynku – tego nie wymyślili by pragmatyczni Anglosasi czy Amerykanie.
