Ktoś niezorientowany obserwując polskie życie publiczne mógłby pomyśleć, że w polskim kościele działa słabo zakonspirowana siatka wyznawców kultu cargo.Ta sympatyczna i dość wpływowa grupa zaraża swoją pasją coraz szersze kręgi społeczne - a w szczególności ubogich duchem politycznych karierowiczów.
REKLAMA
Pierwotnie wyznawcy kultu cargo na Ocenie Spokojnym wierzyli, że nadejdzie kiedyś czas kiedy biali i czarni będą mogli żyć w pokoju a dzięki wybudowanym imitacjom lotnisk będą mieli dostęp do wszelkich dóbr konsumpcyjnych jakie tylko można sobie wyobrazić. Wierzyli, że nieznani im wcześniej bogowie, którzy latają samolotami i pływają wielkimi statkami w tym wszystkim chętnie pomogą.
Nie wiem czy chęć posiadania była kiedyś widoczna w bardziej czystej i zarazem zupełnie niewinnej formie, ale niepokojącą inspiracje tą formą religijności zauważam wśród wielu lokalnych działaczy katolickich i hierarchów. Sama nazwa wzięła się od napisów na skrzyniach, wyrzuconych kiedyś przez ocean z rozbitego statku, co dało początek tej formie magicznej religijności.
Adaptowanie zewnętrznych zjawisk kulturowych zawsze na naszym obszarze geograficznym szło dosyć opornie, ale trudno był odmówić tym próbom ożywczego zapału i autentyczności. Podobnie jak w przypadku rodzimego hip-hopu poważnym problemem stał się brak lokalnej ludności czarnoskórej - jednak w obu przypadkach udało się to jakoś obejść. Pewna część hip-hopowców obwiesiła się tombakiem oraz cekinami i jakoś uszło. W przypadku kultu cargo stwierdzono, że z braku uciśnionych rasowo zastąpi się ich rzekomo wszędzie prześladowanymi wyznawcami katolicyzmu. Imitacje lotnisk słabo wykonalne w naszym klimacie zastąpiono często równie absurdalnymi wnioskami do Komisji Majątkowej i było ok. Poszło nawet za dobrze, bo prawie każda prośba została spełniona i zredukowało to trochę efekt dramatyzmu.
Prawdziwe poruszenie religijne możliwe jest jedna kiedy da się doprowadzić do poważnej konfrontacji, które pozwoli na wytworzenie kapitału politycznego. Z tym też nie było ciężko - radni Poznania (byłe lub obecne PIS + PO) wraz z niedobitkami Młodzieży Wszechpolskiej zachęceni wizją zdobycia nimbu obrońców wiary postanowili podjąć krucjatę przeciw Ewie Wójciak - kierującej poznańskim Teatrem 8 Dnia.
Analogiczną inicjatywę podjęli radni Lublina, którzy stwierdzili, że bez specjalnych zabezpieczeń twórcy kultury w ich mieście na pewno zaszkodzą wychowaniu młodzieży. Podjęli uchwałę w której zwrócili sie do prezydenta żeby wstrzymał finansowanie imprez "uderzających w poczucie dobrego smaku", "dobre obyczaje" mając na uwadze "chrześcijańskie tradycje Lublina". Za uchwałą obok prawicy ręce podniosło również kilku radych PO.
Szyderczo można zauważyć, iż te dwa miasta jeszcze całkiem niedawno starały się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury i nie przebierając w środkach udowadniały na lewo i prawo jak bardzo łakną wielokulturowości, otwartości i jak doskonale uosabiają to co w Europie najcenniejsze.
Zarówno lubelska jak i poznańska akcja wymierzona w wolność wypowiedzi ma charakter cenzorski i dyscyplinujący. Ewa Wójciak znając doskonale kontekst południowoamerykański określiła nowo wybranego papieża jednoznacznie - jako "ch**a który donosił wojskowym". Nie wiem czy można znaleźć lepsze określenie na jego postawę, ale wiem że na pewno kardynałowie mogli wybrać lepszego papieża. Takiego przy, którym nie byłoby podobnych kontrowersji - tym niestety poznańscy radni i obrońcy papieża się nie zajęli. Należy cieszyć się jednak, ze nie wybrali np. abp. Głódzia - bo wtedy Ameryka Południowa byłaby zachwycona bezpośredniością i temperamentem tej kolorowej postaci a u nas żadna expresowa hagiografia nie powstrzymałaby fali emocji i komentarzy, przy których słowa Ewy Wójciak brzmiały by całkiem niewinnie.
Wracając do różnorodności - wielu hierarchów kościoła jest w mojej opinii zmęczonych stanem wojny określanej jako ideologiczna. Tymi wszystkimi oburzeniami, protestami o studiowaniu zawiłości teologicznych nie wspominając. Najprawdopodobniej chcą spokoju, w którym będą cieszyć kolejnymi efektami akumulacji i bez zgiełku coraz mniej skutecznych apologetów chrześcijaństwa, którzy doskonale radzą sobie bez udziału strony kościelnej.
Kult cargo w Europie Wschodniej ma wymiar nostalgicznie-depresyjny. Jest też nieznacznie roszczeniowy i trudno odmówić mu pewnego wyrafinowania: nie chodzi o proste dobra konsumpcyjne, ale również o nieruchomości i samą przestrzeń publiczną. Niestety to chyba jedyna żywa herezja na jaką stać religijność naszego obszaru.
