W myśl słynnego bon motu Andy'ego Warhola - żyjemy w czasach, kiedy każdemu przyjdzie mieć swoje pięć minut sławy… Coś w tym chyba jest. Zdaje się, że ja właśnie przeżyłam swoje ;)

REKLAMA
Do Jastarni wróciłam po dwuletniej przerwie. Nic to, że w znacznej mierze do pracy - grunt że są słonko, woda i atmosfera nadmorskiego relaksu. Ok, ok, z tym relaksem bywa ciężko - na chodnikach trzeba lawirować między dzieciakami ganiającymi za gigantycznym Kubusiem Puchatkiem, zapatrzonymi w opalone plecy swoich towarzyszy dzierlatki niemal rozpłaszczającymi swoje zapiekanki lub gofry na Twoich plecach, a kawalerami (bądź nie) na "lekkim" rauszu zarzucającym ich na co drugie drzewo… Na plaży nie lepiej, bo jak już szkrab z ręcznika obok przestanie robić zadymę, że nie dostał trzeciej pary różowych grabek, to przyjdzie Pan który oznajmia całemu kosmosowi, że u niego możemy dostać "gorrrrącą kukkkurydzę" (spełnienie marzeń przy pogodzie 30+). Ale wiecie co? Mam to w nosie! Wszyscy jesteśmy na wakacjach (hmmm, no poza mną) i tak długo, jak ten gofr na moich plecach nie ląduje i nikt mnie nie zmusza do zjedzenia rozgotowanej kukurydzy - jest cudnie!
logo

Ale wracając do tematu sławy… Na pierwszy obiad w Jastarni nie mogłam pójść gdzie indziej, niż do Tawerny Fregata. Pisałam o niej (i o innych przemyśleniach na temat wakacji nad Bałtykiem) we wpisie sprzed dwóch lat: Nad Bałtykiem. Stwierdziłam wtedy, że jest to jedyne miejsce w tej miejscowości, które - jako dość zblazowana pod kątem jedzenia wegetarianka - mogę polecić. Nawet sobie nie wyobrażacie mojego zdziwienia, gdy dziś Pan przyjmujący od nas zamówienie zapytał mnie ,czy ja przypadkiem nie pisałam o ich restauracji na blogu… Dobrze, że byłam zaróżowiona od słońca i nie zobaczył rumieńca jakim się oblałam. Potwierdziłam jego przypuszczenia. Okazało się, że Pan jest właścicielem i doskonale pamięta zarówno mnie, jak i moją Mamę. Bardzo serdecznie podziękował mi za wpis, co wywołało konsternację przy sąsiednich stolikach - nagle wszyscy zaczęli mnie pytać co to za blog, co tam piszę, co robię… Hmmm, trochę dziwnie się czułam, gdy moja sałata stanęła już przede mną - sąsiedni stolik tylko patrzył i czekał co zrobię ;). Czułam się jak małpka, której za chwilę zaczną rzucać orzeszki ;). Albo jakbym była Magdą Gessler ;). A ja tylko nędzny cień wielkiej restauratorki… Na koniec wizyty we Fregacie właściciele sprawili mi jeszcze jedną niespodziankę, którą zostawię między nami, ale zrobiło mi się tak nieziemsko miło, że miałam ochotę pobiec do najbliższej kwiaciarni i kupić im najpiękniejsze róże na Półwyspie! (Tak, wiem że zdjęcie wstawiło się do góry nogami, ale ni pioruna nie wiem,jak temu zaradzić…)
logo

Inna rzecz, że we Fregacie nic a nic ic się nie zmieniło - dalej jest tak samo domowo jak kilka lat temu! Wprawdzie dań dla "mięso- i rybosceptycznych" w menu nie ma zbyt wielu, ale jak już są -poezja! Świeżutkie, pięknie podane i idealnie doprawione (czytaj - nie przesolone lub przeczosnkowane). Test jeszcze trudniejszy zdała też ryba (dorsz) mojej Mamy, która akurat w sąsiedztwie jest na urlopie. Wmiotła całą gigantyczną porcję, co bardzo rzadko jej się zdarza… Właścicielom winszuję, bo stworzyli cudne i pyszne miejsce, a innym restauratorom życzę równej konsekwencji w trzymaniu poziomu!
logo

Z kolei władzom Jastarni życzę trochę więcej rozsądku w gospodarowaniu swoimi środkami. Wszystkich letników na całej długości miasta uroczo wita… remont pobocza. Ergo - z prawa i lewa piętrzą się nasypy szarego, brudnego piasku, zastępujące dotychczasowe (fakt, mocno dziurawe) chodniki. Rozumiem konieczność ulepszeń,ale w samym szczycie sezonu?!? Jeszcze bardziej kuriozalne jest rondo, które powstaje na drodze wylotowej na Juratę (tuż pod moimi oknami…) - jest to prosta droga, tylko w dwie strony, bez żadnego skrzyżowania… Po co rondo? Jak mówią miejscowi, "Unia dała, trzeba było wydać… No to jedno rondo więcej nie zawadzi". Może i nie… Chociaż zamiast tego nie wiem, czy nie ciekawiej byłoby zrewitalizować zielone przestrzenie albo uporządkować kebabowo -plastikowo- made-in-Chinawy deptak w samym centrum...
logo

logo

A na koniec odrobina prywaty ;). Nie wierzyłam, że to się jeszcze zdarzy - pierwszy raz od 6 lat… wykąpałam się w Bałtyku! Kto mnie zna, wie, że marznę szybciej niż kwiatki na Mroźnej Zośki i nie cierpię wszystkiego, co słone, więc jest to ewenement. Jak wyszłam z wody - ok, nie będę ściemniać, wytrzymałam w niej 30 sekund, zanim poczułam, że zmieniam się w Frosty the Snowman - czułam się, jakbym zdobyła Kilimandżaro! Ale nie po to to piszę, by chwalić się tym, że weszłam do morza - w końcu każdy trzylatek rwie się do niego w te pędy… Chodzi o to, że po raz pierwszy od kilkunastu lat podczas wakacji odpuściłam sobie i innym. Nie wiem, może wynika to z tego, że nie jestem na wakacjach, tylko kradnę dla siebie chwile swobody… Ale wreszcie nie narzucam sobie, że muszę to i tamto a czego innego mi niewolno… Wreszcie nie szczekam na ludzi za to, że są odprężeni i beztroscy… Hmmm, czyżby dorosłość…?