Wiosna w rozkwicie. Nareszcie! Ile ja czekałam na wszystkie te znaki na niebie i ziemi jednoznacznie wskazujące nadejście ciepłej pory roku: maj w kalendarzu, oszałamiające zielenią i kwiatostanami kasztanowce, co raz dłuższe i słoneczniejsze dni, kwiaciarki pojawiające się na ulicach ze swymi kolorowymi, tulipanowo konwaliowymi kramami (swoją drogą to takie tres francuskie!) i… co raz więcej koleżanek przebąkujących o konieczności przejścia na przygotowującą do bikini dietę...
pojawienie się przewraca do góry nogami życie mieszkańców prowincji i ksiądz w charakterze antybohatera...
Ok, teraz będzie chwilkę o księdzu, a dokładniej o kościele. Ale nie uciekajcie! Ani za
wiele, ani za poważnie. Dopadła mnie ostatnio po prostu refleksja, jakie mam szczęście, że mieszkam w Warszawie, między słonecznym Placem Unii a tętniącym życiem Placem Zbawiciela, a nie powieściowym w Lansquenet. Umówmy się, kościołów nieopodal nie brakuje. Zbawiciela, Trzech Krzyży, świątynia przy Puławskiej…A jednak zdaje się, iż właścicielom kwitnących na tym odcinku kafejek i restauracji dalekie są troski czekoladzianej Vianne, ciągle zmagającej się z krzywo patrzącym na jej interes kapłanem. Bo jakże to, rozkosze podniebienia w tak bliskim sąsiedztwie domu bożego?!
Niesamowite - to, czemu musiała stawiać czoła bohaterka powieści osadzonej w
zlaicyzowanej Francji, nam, choćby w La Vanille, jest zupełnie obce. Mimo, że w spokojniejsze dni doskonale słychać w naszym ogródku kurant Kościoła Trzech Krzyży wydzwaniający o każdej pełnej godzinie, żaden z jego kapłanów (o ile mi wiadomo…) nie przepuścił na nas ataku, nie dyskryminował. Po prostu nie komentują sąsiedztwa. Przypuszczam, iż różni duchowni mają różne przemyślenia na ten temat, ale grunt, że się z nimi nie manifestują. Bo prawda jest taka, że okolice zarówno Placu Trzech Krzyży, jak i Placu Zbawiciela dosłownie kwitną!
zwany śródmiejskim dodgy endem, cieszy oko, ducha i zmysły. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: nowoczesny teatr, kino z aspiracjami kulturo-twórczymi i niedrogimi biletami, sklep z płytami będący alternatywą dla molochowych mega storów, butiki ekskluzywne i alternatywne, fantastyczne antykwariaty, kafejki i knajpki o zróżnicowanym profilu, piekarnie, cukiernie... Poznikali niegroźni wprawdzie, ale też mało przyjemni pijaczkowie, wytaczający się z co drugiej bramy o każdej porze dnia i nocy. Co raz łatwiej za to o spotkanie oko w oko ze znakomitym aktorem albo reżyserem, którzy w wolnej chwili wyskakują na doskonałą kawę do swojego upatrzonego lokalu... Albo na frytki do niedawno uruchomionego punktu przy Polnej (uwaga, kolejki w piątkowe popołudnia osiągają imponujące rozmiary!). A właściwie nie frytki, tylko najprawdziwsze french fries!
Czy czegoś na tym odcinku brakuje? Nie wiem, mnie chyba nie. Może czasem chwilki wytchnienia od zgiełku centrum miasta. Ale to też doskonały pretekst, by ruszyć się gdzieś dalej. Choćby na romantyczną Francuską, albo leniwe Kabaty. Może jestem pobłażliwa, ale wydaje mi się, że w Warszawie da się znaleźć miejsce dla siebie. Wystarczy troszkę dobrej woli…
