Zaczynając pracę w La Vanille o cupcakes wiedziałam… że są takie ciastka. Nie miałam okazji zbyt często ich smakować, a już kompletnie obca mi była ich historia i etymologia. Jednak, jako politolog z wykształcenia, mam pewną tendencję do drążenia i zwyczajnie lubię znać na wylot to, czym się zajmuję. W efekcie zostałam kimś na kształt babeczkowego specjalisty-teoretyka… Oto garstka faktów związanych z cupcakesami.

REKLAMA
logo
Koncepcja na pyszne, malutkie babeczki powstała w Stanach Zjednoczonych w XIX wieku i błyskawicznie podbiła serca (czy raczej kubki smakowe) Amerykanów. Trudno się temu dziwić – w końcu cupcakes to w pewnym sensie kuchenna rewolucja, polegająca na połączeniu prostoty wykonania z efektywnością i urokliwością gotowych smakołyków. Babeczki robi się zdecydowanie szybciej niż duże, pracochłonne torty, a ryzyko niepowodzenia jest o wiele mniejsze. Czy zabiegana i zmęczona współczesna Pani Domu może marzyć o dogodniejszej recepturze (pewnie tak – takiej, gdzie wszystko robi się samo i zawsze wychodzi…)?
Jeśli chodzi o nazwę „cupcakes” (ciasteczka filiżankowe), są dwie teorie co do jej pochodzenia. Zgodnie z pierwszą, wzięła się ona stąd, iż początkowo wypiekało się je w glinianych lub porcelitowych filiżankach do herbaty. Wedle drugiej - pochodzi ona od sposobu odmierzania składników niezbędnych do wypieku: na filiżanki właśnie.
Ciekawostka: początkowo babeczki znane były także jako „number cakes”. A to dlatego, że niesamowicie łatwo było zapamiętać proporcje składników koniecznych do ich przyrządzenia: po jednej filiżance masła i mleka, dwie filiżanki cukru, trzy mąki, cztery jajka i łyżeczka sody. Tak wyglądał przepis oryginalny. Dziś jednak, biorąc pod uwagę jak szeroki jest wachlarz smaków cupcakes (i tym samym, jak bardzo zróżnicowane są składniki na nie potrzebne), nazwa ta zdaje się nieco zdezaktualizowana.
Od pewnego czasu małe, kolorowe, wielosmakowe babeczki stały się tak popularne, iż można już chyba mówić o czymś takim, jak zjawisko cupcake culture. Babeczki, za sprawą miejsc takich jak Magnolia Bakery, Sprinkle, czy The Humming Bird Bakery płynnie weszły w świat pop-kultury, co bynajmniej nie przeszkodziło im także w zawojowaniu bardziej elitarnych salonów. Cukiernie połączone z kawiarniami, nie tylko serwujące cupcakes, ale wręcz specjalizujące się wyłącznie w ich wypieku, na trwałe zagościły w pejzażu miast za oceanem, zaspokajając potrzebę odrobiny słodkiej przyjemności. Stary Kontynent nie pozostał w tyle. Europa też pokochała cupcakes i w ostatnich latach także tu co raz liczniej zaczęły pojawiać się miejsca podające te małe ciasteczka. Słodkie babeczki co raz częściej pojawiają się na weselach, jako alternatywa dla klasycznego tortu, czy podziękowanie dla gości, na imprezach rodzinnych i firmowych, czy przy launchu nowych produktów i marek. Przybywa także książek, czasopism, blogów i klubów zadedykowanych tym wypiekom.
To, co mnie w babeczkach odpowiada najbardziej, to to, iż właściwie każde ciasto da się zaserwować pod ich postacią. Słynne są carrotsy, red velvety i czekoladowe rozkosze. Ale są też wersje lawendowe, sernikowe, szrlotkowe. A nawet wytrawne, z suszonymi pomidorami i frostingiem z ricotty albo fety. Estetycznie mogą być minimalistyczne, wykwintne albo kiczowate. Wszystko zależy od gustów. Czyli dla każdego coś dobrego.