Francuzki nie tyją. To nie tylko tytuł jednej z poczytniejszych książek „dietetycznych”( skierowanej głównie do borykającej się z nadwagą amerykańskiej odbiorczyni), ale przede wszystkim – niepodważalny fakt. OK, wiem, na każdą regułę znajdą się jakieś potwierdzające ją wyjątki, ale prawda jest taka, iż ja osobiście grubych Francuzek nie znam.

REKLAMA
Inny fakt (od którego też pewnie są jakieś odstępstwa, z którym nie miałam przyjemności się zetknąć): żadna szanująca się Francuzka świadomie i dobrowolnie nie wyeliminuje ze swojej diety czterech produktów: sera, wina, czekolady oraz pieczywa. Ani chleba, ani bagietek czy rogalików, ani słodkich wypieków.
Szczupłe mimo folgowania swoim kulinarnym namiętnościom - jak to możliwe? W czym tkwi szkopuł? To jakieś czary? Pakt z diabłem? A może cudowna konfiguracja genetyczna? Nic z tych rzeczy. Sekret jest prosty: Francuzki wiedzą co to dobra jakość z jednej strony i umiar z drugiej ( zresztą dokładnie to samo urzekło mnie w naszej La Vanille). Wyjaśnijmy tajemnicę na przykładzie wypieków.
Francuzki są szczupłe, to już stwierdziliśmy. Ale obśmiewają one najnowsze diety cud, wedle których wszelkie węglowodany (z pieczywem, ciastami i makaronem na czele) to zło wcielone. Rezygnować z rozkoszy podniebienia dostarczanych przez bagietki, brioszki, croissanty, magdalenki, babeczki czy chleby oliwkowe/orzechowe/rozmarynowe? Obłęd! Ale trzeba też wiedzieć, jak je spożywać, by były prawdziwą ucztą a nie zwykłymi zapychaczami.
W przeciwieństwie do większości Amerykanów, mieszkańcy kraju nad Sekwaną nie traktują pieczywa, czy szerzej – wypieków - jako wypełniacza pustej przestrzeni w żołądku. Po krótkim okresie lat 60-70 minionego wiek, gdy i Francuzi zaplątali się w „jaskini lwa” i masowo kupowali dmuchane, bezsmakowe, marne pieczywo i ciasta z supermarketów, dziś są oni prawdziwymi „wypiekowymi” smakoszami.
Kanapka? Raczej nie. W tradycyjnej kanapce dodatki przytłaczają samo pieczywo albo maskują jego mało wyszukany smak (czy raczej jego brak...). Masło, majonez, ketchup, chemicznie wzbogacane wędliny... Francuzka, przytaskawszy do domu kilka chrupiących bochenków ze swojej ulubionej piekarni, powie temu wszystkiemu stanowcze: non! Ona skusi się na tartine: pyszną pajdę najlepszego pieczywa z wysublimowanym, starannie dobranym dodatkiem, który podkreśli, a nie stłamsi, jego smak. Może będzie to kawałek koziego sera z rukolą? A może szynki parmeńskiej? Albo nutka bursztynowego miodu lawendowego?
Pączek ze stacji benzynowej? Tylko w nagłych wypadkach. Bo prawdziwe walory smakowe to puszyste ciastko z dobrze znanej cukierenki, w której do wypieków stosuje się tylko składniki najlepszej jakości.
Warto też poobserwować Francuzki w restauracji. Nawet gdy staje przed nią koszyczek najświeższego, najsmakowitszego pieczywa jako „czekadełko” przed daniem głównym, ona się nie skusi. Nie będzie się zapychać. Upatrzoną kromeczkę zje razem z posiłkiem, a jeśli ten nie będzie udany - zamiast niego. Ale tylko pod warunkiem, iż owa kromeczka będzie najlepszej jakości. Podobnie sprawa ma się z deserami. Kawałeczek tortu? Oui, ale tylko pod warunkiem, iż będzie on smakowity, dobrze nasączony i aromatyczny. Francuzi bowiem dosłownie nie tolerują złych wypieków. Potrafią wezwać kierownika ulubionego bistro i, mimo udanego posiłku, poskarżyć się na jakość towarzyszącego mu chleba albo wieńczącego go deseru. A kierownik, jeśli poważnie traktuje swój biznes, weźmie sobie te uwagi do serca i zmieni dostawcę pieczywa i ciast... Albo sam zajmie się ich wypiekiem.
Eh, Francuzi… Ileż my musimy się jeszcze od nich nauczyć... Ale bądźcie dzielni i mimo wiosny w pełnym rozkwicie i zbliżającego się sezonu plażowego, nie dajcie się omamić szarlatanom od diet bez węglowodanowych. Wypieki słodkie i słone są pyszne, tak jak życie. Jedno i drugie trzeba po prostu odpowiednio smakować i nigdy nie zadawalać się przeciętnością.