Rozpoczęcie mojej blogerskiej działalności na natemat.pl wiązało się z burzą emocji. Po pierwsze radość – pisanie to to, o czym marzyłam od najmłodszych lat. Po drugie – entuzjazm: tyle pomysłów, nie tylko oscylujących wokół kulinariów, krąży po mej głowie. I po trzecie – niepewność. Bo czy ktokolwiek będzie chciał czytać wpisy takiej panienki znikąd?

REKLAMA
logo
Z moją ulubioną babeczką brzoskwiniową
I oto niespodzianka: poniedziałkowym rankiem otwieram skrzynkę i znajduję w niej maila od znajomej z linkiem do artykułu Hanny Lis. Zainspirowanego moim tekstem, nazywającego nas „cupcakek’owym niebem”!! Niestety, tuż po fali szczęścia przeszyły mnie zimne dreszcze… We wpisie kilkukrotnie autorka mianuje mnie właścicielką La Vanille… Spieszę sprostować – ta rajska cukierenka nigdy nie należała i nigdy nie będzie należeć do mnie. To miejsce stworzone z rodzinnej pasji, z zamiłowania do słodkości i wspólnego pichcenia, przez członkinie familii, do której ja niestety nie należę. Za to fantastycznie mi się dla nich pracuje – każdemu życzę takich szefów. Konkretnych ale wyluzowanych. Bo pomyłką Hanny Lis ja byłam przerażona i zażenowana , a one – ubawione.
W swoim wpisie Hanna Lis opowiada też o walce o szczupłą sylwetkę, o tym, iż często boryka się z wyrzutami sumienia, wątpliwościami, słabościami charakteru. I, mrużąc oko, dorzuca, iż jak można wnioskować po moim zdjęciu, sekretem drobnej figury najwyraźniej są babeczki. Cóż, niestety nie. Fakt, babeczek i tortów – zwłaszcza odkąd pracuję w La Vanille, spożywam nie mało (mam nadzieję, iż nie przeczyta tego mój dentysta…). Ale uczciwie odradzam taką dietę wszystkim tym, którzy chcą mieć kibić modo Scarlett O’Hara.
Jaki jest więc ten mój sekret? Nie mam bladego pojęcia – wbrew własnej woli jestem chuda jak szczapa od jakiejś dekady. Sama natomiast chciałabym poznać tajniki apetycznej, kobiecej sylwetki, jaką od lat ma Hanna Lis. Ona i dwie inne Panie (zresztą też blogerki natemat.pl) – Urszula Dudziak (której mam przyjemność być sąsiadką) i Magda Gessler (nad której restauracją mieszkam) - są dla mnie ikonami kobiecości. Uśmiechnięte, energiczne, widać, że potrafią smakować życie i brać z niego co najlepsze. Pani Hanna swą posągową figurą i charyzmatyczną osobowością podbijała i podbija wszelkie ekrany, na jakich się pojawia. Pani Urszula rzuca mnie na kolana, gdy sobotnim porankiem, w kitce i bez cienia makijażu, radośnie biegnie na tenisa. Pani Magda w wersji telewizyjno-gazetowej oraz aromaty z jej restauracji sprawiają, iż jedyne o czym mogę myśleć to: czym by tu ugościć zapowiedzianych na weekend znajomych? I jak być taką kuchenną boginią
A ja? Co z tego, że jem jak Francuzka, Włoszka i Japonka razem wzięte(sama nie wiem, co wolę: pizzę i makarony, francuskie sery, czy tempurę z bakłażana), z apetytem niekiedy iście amerykańskim a i tak wyglądam jak Miss Kijów Od Szczotki 2012…
No dobra, to nie jest tak, że codziennie rzucam się na bomby węglowodanowe i wmiatam wszystko, co mi się nawinie. Po pierwsze – moje porcje faktycznie nie są ogromne. Po drugie - podobno jem irytująco wolno. Po trzecie wreszcie, niekiedy mój organizm wyraźnie mówi mi, że nie wciśnie w siebie nawet grama mąki, czy jajka, za to potrzebuje czegoś lekkiego i smakowitego. Wtedy funduję sobie chłodniczek z ogórkiem i koperkiem i sałatkę arbuzową – najlepszą na upalne dni. Mało to kaloryczne, a biorąc pod uwagę, iż jako niezmotoryzowana Warszawianka po mieście poruszam się tylko pieszo (szlag mnie trafia w komunikacji miejskiej a roweru nie mam siły tarabanić po schodach z klatki) – bilans energetyczny wypada wówczas lich. Tylko jak często tak jest? Dwa razy w tygodniu? Znajomi i rodzina twierdzą, że gdyby oni mieli taki apetyt jak ja, już dawno po mieście poruszaliby się dźwigami, bo otłuszczonej nogi nieszczęsne mięśnie by nie podniosły. A tu takie chuchro…
Ktoś mi kiedyś powiedział, że po 30 cud się stanie i utyję. Trzymam za słowo. Zobaczymy. A na razie dzielę się przepisem na arbuzowe letnie odświeżenie:
Ćwiartka dobrego arbuza (ważne, by nie był wodnisty i przemrożony, co w polskich warunkach wiąże się z długimi poszukiwaniami), po garści listków mięty i bazylii, kostka sera Feta (raz jeszcze podkreślam: FETA, nie jakiegoś tam zamiennika). I już. Arbuz i ser kroimy w kosteczkę i albo wszystko mieszamy w dużej misce, albo nadziewamy na patyczki i robimy koreczki. Żadnych dressingów, żadnych przypraw – jeśli składniki są świeże i soczyste, zakłamywanie ich smaku byłoby grzechem!
Popijamy lemoniadą albo prosecco.
Smacznego.