Uwielbiam francuskie sery. Im bardziej maziste i „aromatyczne” - tym lepsze. Kiedyś tam, w ramach trenowania własnego charakteru i potęgowania przyjemności ich kosztowania wynikającej z „wyczekania”, postanowiłam sobie, że będę je jeść tylko raz na dwa – trzy tygodnie, jako odrębną, wystawną „ucztę Baltazara”. Oczywiście, z postanowienia nic nie wyszło i sery wszelakie lądują na moim talerzu przynajmniej trzy razy w tygodniu...

REKLAMA
logo
Nie mniej, koncept uczty pozostał. Raz w miesiącu organizuję domowe „serowisko” -
przekrój przez najrozmaitsze gatunki, kraje, smaki, konsystencje i aromaty. Dwie olbrzymie deski serów z zestawem odpowiednich noży, koszyk odpowiednio dobranego pieczywa, oliwa truflowa z rozmarynem, wino, kieliszki, talerzyki, serwetki et voila. Jeszcze tylko kilka świec i odpowiednia muzyka sącząca się w tle. Na tym koniec przygotowań.
Hmmm, nie do końca. Z doświadczenia wiem już, iż przy kilku nakryciach musi pojawić się jeszcze widelczyk, a czasem i nóż... Bo podczas gdy ja uwielbiam bezpośredni zmysłowy kontakt z aksamitną skórką brie, taleggio czy camemberta, albo miąższem saint augur albo gorgonzoli, dla części moich gości jest to nie do pomyślenia. „To tak, jakbyś paluchami jadła kawior albo masło”, argumentują. No dobrze, ale kto słyszał o jedzeniu kawioru i masła sztućcami?
To jak i czym jemy podobno świadczy o naszej kulturze. Pewnie tak, tyle że nie odkryję Ameryki stwierdzając, iż i same kultury mocno się między sobą różnią w tym względzie.
Na dalekim wschodzie są na przykład pałeczki. Tam zasadniczo branie jedzenia do rąk nie jest dobrze postrzegane (a już na pewno nie do ręki lewej, zastrzeżonej do czynności „nieczystych”). Zachwyt za to wywołują cudzoziemcy tacy jak ja – dalecy od mistrzostwa, ale jednak potrafiący względnie sprawnie (z naciskiem na względnie…) posługiwać się owymi „sztućcami” (co w przypadku sushi albo tofu w 5 smakach nie jest szczególnie skomplikowane, ale staje się nieco trudniejsze przy potrawach wedle europejskich standardów wymagających krojenia...).
Natomiast, jak miałam okazję przekonać się podczas biesiadowania ze znajomymi Azjatami, podejście do „krajobrazu” stołu po pałeczkowym posiłku, różni się bardzo w zależności od kraju. Bo o ile Japończycy ogromną wagę przywiązują do schludności, czystości i nieuronienia ni jednego ziarenka ryżu, to już Chińczycy patrzą na to całkiem odwrotnie. Im większe pobojowisko wokół miseczki - tym lepiej. Znaczy, że
konsumentom bardzo smakowało i jedli z niemałym entuzjazmem.
Całkiem inaczej jest w Afryce czy Indiach. Tam większość dań spożywa się rękami.
Hindusi uważają, że tylko w ten sposób można mieć pełen zmysłowy kontakt z
pożywieniem - nie tylko z zapachem, wyglądem i smakiem, ale też z konsystencją, fakturą. Kofty i samosy nigdy nie są więc serwowane upiornie gorące - muszą mieć taką temperaturę, by swobodnie można było rozrywać je rękami bez zagrożenie poparzeniami. Podobnie dania z pieca Thandoori, których nie je się łyżką, ale nabiera na placek naan (podobne podejście mają też mieszkańcy nadmorskich regionów Włoch: posiłek idealny dla rybaka, czy rolnika to taki, przy którym nie trzeba zawracać sobie głowy naczyniami i sztućcami; potrawę z ryb, czy jarzyn nakłada się na bosko chrupką focaccię i bon apetit!). Szczerze mówiąc, nie byłam nigdy w domu bombajskiej elity, ale na ulicach nawet ryż z curry je się palcami, prosto z miseczki... Ja tak kosztowałam szafranowej potrawki z groszkiem i curry. Poezja wszystkich zmysłów!
No a my, mieszkańcy zachodu (co za koszmarne sformułowanie), mamy nasze sztućce. Ostatnio poznałam historię nieodzownego widelec czterozębiastego – zawdzięczamy go Neapolitańczykom. Wymyślili go z potrzeby ułatwienia sobie spożywania ich flagowego dania – spaghetti neapolitano. Poprzednik, trójząbczasty, kiepsko się spisywał w zmaganiach z dość gęstym, ale nie zawiesistym sosem pomidorowym…
Z mistrzostwa w komplikowaniu okołostołowego życia słyną Francuzi. Pytanie brzmi: czy słusznie? Byliście kiedyś (albo widzieliście na filmie) w eleganckiej francuskiej restauracji, nie daj Boże specjalizującej się w owocach morza? Liczba sprzętów otaczających talerzyk może przyprawić o zawrót głowy: widelce do sałatek, ryb, mięsa, deserowe; szczypce do frutti di mare; łyżki. Wprawdzie zwykle są one ułożone w kolejności, w jakiej będą następowały po sobie potrawy, ale niepewność pozostaje... Szczęśliwie, samym Francuzom nieobce jest hinduskie podejście do jedzenia. Wprawdzie ostrygę nadal trzeba „rozgryźć” tymi przeklętymi szczypczykami, ale zawartość można już swobodnie... wyssać. Nawet w najlepszej restauracji! Jeszcze łatwiej jest z żabimi udkami - kto by się tam guzdrał nad nimi z nożem i widelcem? Bierzemy takowe w łapkę, ogryzamy kostkę a potem... wysysamy szpik. Może nie jest to bardzo estetyczne i czyste, ale jakie zmysłowe... I piszę to ja – wegetarianka od ponad dekady! Na każdym stole znajdować się powinna miseczka z wodą cytrynową, do odświeżania palców - sztućców, które często przynoszą najwięcej radości z jedzenia.
Wiem, że stwierdzeniem jak pięknie jest się tak między sobą różnić nawet w tak prozaicznej (zdawałoby się ) kwestii jak sposób jedzenia, nikogo nie oszołomię... I świetnie! W tym kontekście dzielę się obserwacją z zeszłego tygodnia. Podczas szybkiej kawy w ogródku La Vanille urzekła mnie pewna Japonka, posilająca się w sąsiedzkich 12 stolikach. Śliczna, filigranowa i z zapałem pałaszująca jakiś makaron… wyciągniętymi z torebki eleganckimi pałeczkami! Szkoda tylko, że nie widział tego mój Tata, który wciąż krzywo patrzy, gdy po jego ulubione danie w moim wykonaniu: roladki z bakłażana (pokrojonego wzdłuż, obtoczonego w mleku z mąką, jajkiem i łyżeczką oliwy cytrynowej) z brokułami (blanszowanymi i posypanymi płatkami prażonego migdała), gruszką i serem pleśniowym sięgam palcami. A przecież w jedzeniu chodzi o to by smakowało! Bon apetit!