
Właśnie skończyłam czytać wywiad z Magdą Gessler z sobotniej Gazety Wyborczej. Gorzko i szczerze do bólu o kulinarno-restauracyjnych obyczajach Polaków. I, niestety, bardzo prawdziwie. Ale ja nie dam się tak łatwo zapędzić na manowce czarnowidztwa. Zgoda, Polska to nie kraj mlekiem i miodem płynący (zwłaszcza w sferze dokonań gastronomicznych, a szkoda bo tyleż u nas pyszności!), ale właściwie które inne miejsce na Ziemi można tym mianem określić? A poza tym, nie bądźmy takimi pesymistami, nie jest znów z nami tak beznadziejnie. Ja po raz kolejny przekonałam się o tym w ostatni weekend, odwiedzając miejsca, które wprowadzają w optymistyczny nastrój i przebywając z ludźmi, którzy rozumieją francuską zasadę joy de vivre.
Piątkowe popołudnie, tradycyjnie, ubarwiłam sobie wizytą w moim ulubionym Green Coffee na Kruczej. To taki dzień w tygodniu, kiedy przeczołgana pięcioma dniami dość stresujących zajęć (cóż, praca w gastronomii nie zawsze jest usłana płatkami róż, ale o tym innym razem), potrzebuję zastrzyku optymizmu. Green Coffee niezawodnie dawkuje mi go od lat. Bo miejsce to nie nowe, ale zawsze godne polecenia. Nie tylko dzięki świetnej kawie i moim zdaniem najlepszym quiche’om w Warszawie (o cieście marchewkowym, jako pracownik cukierni, nie wspomnę…) ale przede wszystkim za sprawą najpogodniejszej obsługi w stolicy. W tej kawiarni widać, że tym ludziom zwyczajnie się chce, że lubią swoją pracę i swoim pozytywnym nastawieniem chcą zarażać innych. Lubię ich też za to, że to sieć stricte polska, oryginalna i nie wzorująca się ślepo lokalami z Zachodu. I mimo co raz szybszej ekspansji –nie przerodzili się w przemiałową masówkę. Winszuję!
Sobota to też same miłe akcenty. Pyszna poranna kawa w Karmie przy urokliwym, acz ostatnio nieco rozkopanym, Placu Zbawiciela. Pisałam już o tym, jak pozytywną metamorfozę przeszła ta okolica na przestrzeni istatniej dekady. Karma, Charlotte, Plan B, Kredka, Funky i debiutujące w moich przedszkolnych latach Corso to miejsca tętniące życiem niemal przez całą dobę.
Potem - Dnio-Mamowy spacer Traktem Królewskim. Z
wieńczony doskonałą cytrynową margheritą w pięknym ogrodzie letnim Ale Glorii na Placu Trzech Krzyży (wreszcie miejsce, gdzie wiedzą, że w tym drinku lód i słomka to niemal grzech śmiertelny!). Spotkanie z Anią Piętką – młodą projektantką opasek i organizatorką Ściegów Ręcznych (cyklicznej imprezy, na której w najbliższą niedzielę zadebiutuje La Vanille), której filuterne ozdoby systematycznie odchudzają ostatnio moje konto bankowe. Wizyta na Street of Design na Krakowskim Przedmieściu – kolejny dowód na to, że Polak potrafi (i nie zawsze musi mieć to wymiar ironiczny).
Niedziela z kolei była tym, co Włosi nazywają dolce farniente – słodkim nieróbstwem. Wszystko pozamykane, można się było wreszcie zresetować. To zresztą następny polski pozytyw – mnogość dni wolnych w kalendarzu. Może szkoda, że nie ma ich więcej w sezonie wiosenno – letnim, ale i tak nie jest źle. W tym roku na Zielone Świątki zabrakło wprawdzie tataraków na ulicach, ale byli kolorowo ubrani, roześmiani ludzie, piękne słońce zza chmurek i zapach lata w powietrzu… A na deser pierwsze w tym roku prawdziwie pyszne polskie truskawki ze śmietaną… Mniam.
Zdaję sobie sprawę, że to, o czym napisałam to tylko drobiazgi, detale które cieszą mnie, a kogoś innego pozostawią kompletnie obojętnym. Bo życie daje w kość. Bo takie bzdury nie wystarczą, by osłodzić trud codziennych zmagań z rzeczywistością. Cóż, kwestia nastawienia. Mnie wystarczają.
