O autorze
Niespokojny duch, politolog z wykształcenia, PRowiec z przypadku. Współpracuje z najlepszymi aktorami i dziennikarzami w Polsce, działa także w branży modowej. Przez pewien czas z powodzeniem realizowała się też na polu kulinarnym.

Opole 2012: festiwalowy (ab)smak

Francuzi mają takie powiedzenie: „Ne pas manger de ce pain-la”. Tłumaczone na angielski, brzmi to: „not eating that kind of bread”. Po polsku nieco mniej apetycznie: „nie moja bajka” albo „nie kupuję tego”. Tak czy inaczej, idiomik idealnie obrazuje moje odczucia względem ostatniego festiwalu w Opolu…


Od razu się przyznam, iż była to pierwsza edycja od lat, którą usiłowałam obejrzeć. Zwykle w czerwcowe wieczory oglądanie telewizji nie jest tym, co pasowałoby do mojej definicji dobrze spędzonego czasu, ale w tym roku aura bardziej przypominająca wczesno-październikową, niż późno wiosenną skutecznie zatrzymała mnie w domu… Z kieliszeczkiem chianti, obłożona rozmaitymi lekturami, zasiadłam więc na kanapie, a że był to akurat Dzień Dziecka, z nostalgii za latami minionymi zamiast zwyczajowego radia włączyłam opolski festiwal. Dzień pierwszy. Drugiego już nie zdzierżyłam.
„Szalone lata 60” miały w sobie mniej szaleństwa, niż popołudniowa herbatka eleganckich i odrobinkę flegmatycznych angielskich emerytek… Widziałam zdjęcia moich rodziców, kolorowe dzwony i koszule Taty, kwiaty i listki we włosach Mamy i klimat, który trudno uchwycić słowami. Żaden z tych elementów nie trafił też do Opola. Szkoda. . Nawet cudny duet prowadzących Mann Mann nie był w stanie ożywić tego makabrycznie nudnego koncertu… Doskonale opisuje to inne kulinarne francuskie powiedzonko: ciągnął się on jak dzień bez kawałka chleba.


„Debiutów” nigdy nie lubiłam, ale tegoroczne zdecydowanie przechrzciłabym na „Dobiuty” – skutecznie musiały dobijać wykonawców, którzy słyszeli nowe (chyba mające uchodzić za nowatorskie) interpretacje swoich piosenek. Jedynym pozytywniejszym akcentem był występ Artura Andrusa. „Piłem w Spale, spałem w Pile” to mój przebój tegorocznego festiwalu.
Ale debiutanci to jeszcze nic. Ostatecznie, są młodzi, na początku artystycznej drogi, próbują dopiero swoich sił a błądzić jest rzeczą ludzką. Zresztą może to nie ich wina, może sam koncept koncertu – wciskający ich w ramki narzuconego repertuaru – jest wadliwy. Natomiast tym co spowodowało u mnie palpitacje serca, albo – jakby powiedzieliby Francuzi – upadek w jabłka („tomber dens le pommes; mdleć), był pomysł postawienia na scenie Kazika w kwadrans po Korze. Po Korze, śpiewającej „Ping pong, skąd to dziecko, nie wiem skąd” (błagam, niech mnie ktoś oświeci, o co do pioruna w tej piosence chodzi?!) i wręczającej Markowi Niedźwiedzkiemu Madonne do złudzenia przypomijnającą bohaterów filmu „Avatar”. Tym bardziej gorzko i ironicznie wybrzmiała piosenka, którą rozpoczął swój naprawdę dobry koncert – „Tu jest Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam tu! Tu! Tu!” Mieszkam w Polsce, więc ping pong, piję w Spale, śpię w Pile i nie wiem skąd to dziecko – rozumiem, że taka była myśl przewodnia pierwszego dnia festiwalu... Inna rzecz, że kazikowe bisy ponoć trwały tyle, co sam jego koncert. Ale wodzowie przed ekranami telewizorów zamiast Kazika oglądali dwudziesto-minutowy blok reklamowy i włoski serial sprzed kilku sezonów… Ja czułam się przerobiona na szaro (a we wersji frankofilskiej: obtoczona w mące).
Zwykle staram się nie być kytykancka (nie mylić z krytyczna) i nie wylewać niezasłużenie pomyj na cudze głowy. Raczej wychodzę z założenia, że każdy stara się robić to, co robi najlepiej jak potrafi, a że czasem nie wyjdzie… Ale mam dziwne wrażenie, że opolski festiwal rzucił na mnie urok: następnego dnia każdy z moich kuchennych wyczynów był co raz większą porażką. Kompletnie niezjadliwa zupa ze (zdawałoby się) pysznych składników (przepieprzony krem z kalafiorów i porów nie jest zjadliwy, tym bardziej dla kogoś, kto za pikantnościami nie przepada; jakim więc cudem sięgnęłam po najostrzejszą przyprawę w mojej szafce?!). Na osłodę – tradycyjna czekolada na gorąco, ze śmietaną i mlekiem, z kuwertury… tak mdła, że aż mi się chciało płakać. Nawet wieczorna herbata wyszła fatalnie – przeparzona, cierpka, zwyczajnie niepijalna… Faktyczne klęski, czy poopolski absmak? Pewnie jedno i drugie. Dlatego przez dwa ostatnie wieczory, w ramach odczyniania uroków, nie włączałam telewizora, raczyłam się apetycznymi lekturami i rabarbarowo-truskawkowym kruchym ciastem mojej Mamy. Mam nadzieję, że poskutkowało

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Od dziś zupełnie nowe naTemat.pl 4.0. To największa zmiana w historii serwisu
0 0Grupa naTemat nigdy nie była tak popularna jak teraz. Dziękujemy!
0 0Ostatni przystanek twojego pupila: witamy w krematorium dla zwierząt
0 0Radziecki sprzęt i brak śpiworów. Żołnierz opisuje, co zobaczył w wojsku: "Nie wiedziałem, że jest aż tak źle"
0 0Hejterzy śmieją się z jego roli w filmie Tarantino. Jednak to Rafał Zawierucha "wygrał życie"