Serce – rozum - żołądek. To trójca tak nierozerwalnie związana z jedzeniem, jak spaghetti – risotto - pizza z kuchnią włoską. I właśnie w Italii każdy z tych organów ma swój jedzeniowy odpowiednik.
REKLAMA
Pokarmem dla żołądka jest pizza. Sycąca, aromatyczna, bogata w węglowodany i wysokoenergetyczna. Czyli na nasze: tucząca. Otóż nie. We Włoszech pizzę traktuje się jako przekąskę na spotkaniach ze znajomymi; akompaniament pod vino e birra, nie samodzielne danie. Mało kto decyduje się ją przyrządzać w domu. Bo raz, że pizza z innego pieca, niż ten rozgrzany do czerwoności, opalany węglem i przechowywujący taki placek w swych czeluściach nie dłużej niż kilka minut, to nie pizza. Dwa, że mało kto takowy piec posiada w warunkach domowych. A że wszelkiego typu knajpianym wypadom towarzyszy zazwyczaj pewna aktywność ruchowa, pyszna margherita, czy inna capricciosa bynajmniej nie musi iść w biodra. Za to znakomicie usatysfakcjonuje żołądek. A wiadomo – przez żołądek do serca…
Tylko co na to naukowcy i dietetycy? Oni od dekad biją na alarm, że to mózg, a nie serce powinno być głównym zarządcą naszych posiłków i apetytu… We Włoszech pokarmem może nie tyle rozumu, co rozwagi jest risotto. Najbezpieczniejsze z dań. Doskonałe do spożywania w domu, podczas uroczystej wieczerzy, na biznesowym spotkaniu albo pierwszej randce. Bo szybkie w przygotowaniu, bezpieczne w spożywaniu (żadnych chlapiących długaśnych elementów) i bardzo estetyczne pod względem sztućcowego savoir vivre’u (nie tylko raczej wyklucza udział rąk, ale też nikt nie ma wątpliwości czym je jeść). Ot potrawa idealna dla równie rozważnych co romantycznych.
Z kolei moja ulubiona maksyma (nie tylko w odniesieniu do jedzenia) głosi: „serce zawsze wystrychnie rozum na dudka”. Pewnie dlatego o wiele chętniej niż po risotto, sięgam po prawdziwe spaghetti – włoski pokarm „od serca”. Tradycyjnie mieszkańcy Italii nie spożywają go raczej w restauracjach (a już na pewno nie na spotkaniach biznesowych!), ale w domowym zaciszu. Bo po pierwsze, nikt nigdy nie zrobi lepszego niż typowa Mamma Italiana, a po drugie – sam akt jedzenia jest mało… estetyczny. Umówmy się, że ani towarzyszący mu aspekt akustyczny (wciąganie), ani wizualny (wkładanie do ust sporych widelców z nawiniętymi kluseczkami, duże niebezpieczeństwo pochlapania się aromatycznym acz trudno spieralnym sosem pomidorowym) nie należą do najelegantszych. A z drugiej strony – spaghetti jedzone na zasadzie „ą, ę, bułkę przez bibułkę” nie smakowałoby tak samo (zresztą, jak miałoby to wyglądać? Nożem i widelcem? Widelcem i łyżką? Dla Włocha to profanacja). Dlatego też najczęściej jest ono spożywane w warunkach domowych, w rodzinnej atmosferze i w towarzystwie dobrze znanych i kochanych osób. Czyli… przez serce do żołądka?!
Umberto Eco we wstępie do książki „Sekrety kuchni włoskiej” napisał: „Zanim zacznę zwiedzać nowe miejsce – kosztuję tamtejszych potraw; to najlepszy sposób, by poczuć ducha”. Coś w tym jest, nie tylko w odniesieniu do słonecznej Italii.
A na koniec przepis na pyszną pastę z rukoli. Doskonałą do risotto (więcej pecorino – konsystencja kremowa), spaghetti (więcej oliwy) i pizzy na zielono (najgęściejsza wersja).
Potrzeba dwie duże garście świeżej, młodej rukoli, cztery garście orzeszków piniowych (albo pistacjowych) trochę oliwy (najlepiej cedrowej albo truflowej, ale z oliwek extra vergine też może być), sporo pecorino (albo parmezanu). Wszystkie suche składniki rozdrabniamy osobno (tradycyjnie w moździerzu a w wersji nowoczesnej – w melakserze), łączymy w moździerzu, dolewamy oliwy, doprawiamy solą, pieprzem i szczyptą oregano. I zajadamy!
Tylko co na to naukowcy i dietetycy? Oni od dekad biją na alarm, że to mózg, a nie serce powinno być głównym zarządcą naszych posiłków i apetytu… We Włoszech pokarmem może nie tyle rozumu, co rozwagi jest risotto. Najbezpieczniejsze z dań. Doskonałe do spożywania w domu, podczas uroczystej wieczerzy, na biznesowym spotkaniu albo pierwszej randce. Bo szybkie w przygotowaniu, bezpieczne w spożywaniu (żadnych chlapiących długaśnych elementów) i bardzo estetyczne pod względem sztućcowego savoir vivre’u (nie tylko raczej wyklucza udział rąk, ale też nikt nie ma wątpliwości czym je jeść). Ot potrawa idealna dla równie rozważnych co romantycznych.
Z kolei moja ulubiona maksyma (nie tylko w odniesieniu do jedzenia) głosi: „serce zawsze wystrychnie rozum na dudka”. Pewnie dlatego o wiele chętniej niż po risotto, sięgam po prawdziwe spaghetti – włoski pokarm „od serca”. Tradycyjnie mieszkańcy Italii nie spożywają go raczej w restauracjach (a już na pewno nie na spotkaniach biznesowych!), ale w domowym zaciszu. Bo po pierwsze, nikt nigdy nie zrobi lepszego niż typowa Mamma Italiana, a po drugie – sam akt jedzenia jest mało… estetyczny. Umówmy się, że ani towarzyszący mu aspekt akustyczny (wciąganie), ani wizualny (wkładanie do ust sporych widelców z nawiniętymi kluseczkami, duże niebezpieczeństwo pochlapania się aromatycznym acz trudno spieralnym sosem pomidorowym) nie należą do najelegantszych. A z drugiej strony – spaghetti jedzone na zasadzie „ą, ę, bułkę przez bibułkę” nie smakowałoby tak samo (zresztą, jak miałoby to wyglądać? Nożem i widelcem? Widelcem i łyżką? Dla Włocha to profanacja). Dlatego też najczęściej jest ono spożywane w warunkach domowych, w rodzinnej atmosferze i w towarzystwie dobrze znanych i kochanych osób. Czyli… przez serce do żołądka?!
Umberto Eco we wstępie do książki „Sekrety kuchni włoskiej” napisał: „Zanim zacznę zwiedzać nowe miejsce – kosztuję tamtejszych potraw; to najlepszy sposób, by poczuć ducha”. Coś w tym jest, nie tylko w odniesieniu do słonecznej Italii.
A na koniec przepis na pyszną pastę z rukoli. Doskonałą do risotto (więcej pecorino – konsystencja kremowa), spaghetti (więcej oliwy) i pizzy na zielono (najgęściejsza wersja).
Potrzeba dwie duże garście świeżej, młodej rukoli, cztery garście orzeszków piniowych (albo pistacjowych) trochę oliwy (najlepiej cedrowej albo truflowej, ale z oliwek extra vergine też może być), sporo pecorino (albo parmezanu). Wszystkie suche składniki rozdrabniamy osobno (tradycyjnie w moździerzu a w wersji nowoczesnej – w melakserze), łączymy w moździerzu, dolewamy oliwy, doprawiamy solą, pieprzem i szczyptą oregano. I zajadamy!
