
O tym, by przenieść się do Zakopanego marzyłam od początku studiów i konsekwentnie dążyłam do wcielenia tego marzenia w życie. Fakt, iż od kilku miesięcy spędzam tu większość czasu to zdecydowanie jedyna dobra rzecz, jaka wynikła z całego koszmarnego zeszłego roku (i oczywiście gorąco wierzę, że pociągnie za sobą łańcuszek pozytywnych zdarzeń). Ale żeby nie zrobiło się za słodko i kolorowo - muszę trochę ponarzekać. Spokojnie, nie na górali, śnieg w połowie maja albo halny podczas którego ni z tego ni z owego zaczęłam tracić zmysły. Podhale biorę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Tyle, że najpierw na to Podhale trzeba dotrzeć…
Zaczęło się profetycznie. Śniło mi się, że pendolino odjeżdża dosłownie w sekundzie, kiedy wpadam na peron (tak na marginesie w tym samym śnie mój ulubiony Pan Doktor odciął mi rękę tępą siekierą, ale do tego szczęśliwie jeszcze nie doszło). Istny koszmar, bo akurat tego dnia w stolicy miałam ściśle poumawiane spotkania, a na pierwszy ogień z jedną z najpopularniejszych dziennikarek w Polsce. Nie ma mowy o spóźnieniach, zerwałam się więc godzinę wcześniej niż normalnie i przeklinając moment w którym wcisnęłam gdzieś zimowe rękawice (w Zakopanem o brzasku było 0 stopni) poszłam na autobus.
Przeklinają w myślach na czym świat stoi i miotając spojrzenia bazyliszka wszystkim tym szczęśliwym ludziom, którzy mieli za chwilę zdążyć na swój pociąg, poczłapałam do kasy. Rozsądne rozwiązanie było jedno - kupić bilet na najbliższy pociąg i zadzwonić do mojej dziennikarki z informacją o sytuacji. Stanęłam więc w kilometrowej kolejce i złapałam za telefon. Szczęśliwie pracujemy ze sobą od 4 lat i to zwykle ona spóźnia się kilkanaście minut, więc obyło się bez dramatycznych scen. Nieszczęśliwie - kolejka przez 20 minut nawet nie drgnęła. Czynne były dwie kasy (na 15), w jednej bilety kupowała wycieczka szkolna, w drugiej - pól Chińskiej Republiki Ludowej (nie muszę dodawać, że to, które nie zna angielskiego, polskiego, niemieckiego ani żadnego innego języka niż chiński). Do odjazdu pociągu ostatniej szansy zostało 7 minut a przede mną jeszcze 9 osób… Szybko streściłam im swoją sytuację, ale widocznie tych 9 osób w kolejce też było z ChRL tyle że bez skośnych oczu, bo spojrzeli na mnie jakbym mówiła w dziwnym narzeczu, po czym każdy wrócił do swoich fascynujących spraw na Facebooku.
