Paula i Michał są z mojego rocznika. Młodzi, energiczni, po dobrych studiach. Hmmm… i na tym chyba niestety kończą się podobieństwa między nami. Bo życie, które oni wiodą w swoim nadbużańskim dworku, choć położonym zaledwie 150 kilometrów od Warszawy, od mojego zdają się dzielić całe lata świetlne!

REKLAMA
logo
Z Paulą, Michałem i zakamuflowaną Natalką na ostatniej majówce
Paula jest śliczna, pogodna i od trzech lat szczęśliwie zamężna. Ma niesamowity talent do zarażania optymizmem i smykałkę do opowieści na tematy wszelakie. Jest też mamą półtorarocznego Szymona i niespełna miesięcznej Natalki. Szczerze mówiąc, choć zawiść nie leży w mojej naturze, to Paula jest jedyną osobą, której kiedykolwiek czegokolwiek zazdrościłam. Czego? Normalności. Poczucia stabilności i bezpieczeństwa. Wiem, pewnie idealizuję. To, co z zewnątrz wygląda tak różowo, od środka zwykle ma jakieś felery. Tyle, że ja ich nie widzę… Ma pełną, wielopokoleniową i kochającą się rodzinę. Jej rodzice – Ela i Zbyszek – pierwsi gospodarze Dworu Zaścianek, to najpogodniejsi, najdynamiczniejsi i najcieplejsi ludzie, jakich dane mi było poznać. Do dziś, gdy dopadają mnie „smutowe” klimaty, wspominam zeszły lipiec, gdy nie tylko zaprosili mnie do siebie, ale przede wszystkim sprawili, że przez tydzień czułam się, jakbym i ja była członkiem tej niesamowitej familii. Długie biesiady na ganku (zupełnie jak te toskańskie z „Ukrytych pragnień” Bertolucciego), wspólne smażenie cukinii z ich ogrodu (do tamtej pory nie miałam pojęcia, że to warzywo może osiągać takie rozmiary!), kosztowanie domowych nalewek produkcji Zbyszka i Michała albo najlepszych win z ich przepastnej piwniczki… Dla mnie wszystko to była nieco egzotyczna sielanka. Jak podróż na drugą stronę lustra. Dla Pauli to jest chleb powszedni…
Michał to mąż Pauli. Nie wiem, skąd ona go wytrzasnęła, ale poproszę o duplikat. Niewiarygodne, jak ten mieszczuch wtopił się w borsucką atmosferę (choć z drugiej strony – czemu je się dziwię?! Kto by się tam nie wtopił?!) i jak bardzo mu się ciągle po prostu chce. Ilekroć rozmawiam, słyszę o jego nowej pasji: pieczeniu chleba na zakwasie, domowych wędlinach, wędzarni, nalewkach (malinowa, truskawkowa i z kwiatu czarnego bzu – grzechu warte!) a ostatnio – o dokonaniach w Ochotniczej Straży Pożarnej. Bynajmniej nie kolidują one z dbaniem o doskonałe samopoczucie gości, aktualnie przebywających pod zaściankowym dachem. Mimo takiego natłoku zajęć, nawet po suto zakrapianym wieczorze w ruskiej bani, nigdy nie widziałam go zmęczonego. To człowiek, który jakimś magicznym sposobem znajduje czas i energię na wszystko: lampkę wina z gośćmi, mecz ulubionej piłki nożnej w barwach lokalnego klubu, masaż stóp zmęczonej Pauli, zabawę z Szymkiem.
Skąd ten idyllistyczny wpis na blogu z zacięciem kulinarnym? Z dwóch powodów. Po pierwsze: jeśli macie ochotę na prawdziwe, wyśmienite i zdrowe (czytaj: nie ociekające tłuszczem ani chemią) polskie jadło, Borsuki to miejsce, które po prostu musicie wpleść w plan swoich najbliższych wakacji. Nawet ja – zblazowana wegetarianka – jestem tam przeszczęśliwa, kosztując wszystkich tych pierożków, racuszków, sałatek, pasztetów z cukinii i trunków oczywiście. A po drugie: mocno wierzę w to, że liczy się nie tylko to, co jemy, ale też jak, gdzie i z kim. W Zaścianku, w otoczeniu nadbużańskich łąk i lasów, w towarzystwie gospodarzy i teoretycznie skrajnie niedobranych gości (od prawników i korporacyjnych asów, przez lekarzy i nauczycieli, po studentów i hinduskich filmowców), którzy na czas tych kilku biesiad zostają najlepszymi kompanami, nawet pajda zwykłego wiejskiego chleba smakuje magicznie!