Było majowe wczesne popołudnie, kwitły bzy i akacje, a za oknami… szaro, mroczno i lało jak z cebra. Do tego ciśnienie ostro pikowało w dół, a wraz z nim – moje samopoczucie. W La Vanille funkcjonowałam w charakterze zombie, na granicy światów żywych i może nie tyle umarłych, co zdecydowanie ospałych. Wszystkie bodźce docierały do mnie jak zza ściany tłumiącej. I wtedy do akcji wkroczyła Dobra Wróżka, czy raczej Dobry Wróżek, pod niepozorną postacią Witka – naszego szefa cukierników.

REKLAMA
Delikatnie podał mi tajemniczo prezentującą się bryłkę w kolorze kości słoniowej. Magda, dekoratorka, podsunęła talerzyk i widelczyk. Wbiłam więc ząbki w lekko popękany wierzch i… znalazłam się w Krainie Czarów mojego dzieciństwa. Beza. Pyszna. Idealnie krucha z wierzchu, lekko wilgotna i ciągnąca w środku. Nie za słodka, bynajmniej nie mdła. Po prostu idealna. Podobną robiła tylko moja Babcia Lila, jakieś 20 lat temu…
Na tym nie skończyła się Witkowa magia. Pod koniec dnia ściągnął mnie z biura do cukierni i postawił przed pięcioma filiżankami pełnymi gęstej czekolady – w każdym inny rodzaj. Ich aromat dosłownie przyprawiał o zawrót głowy. Od tego, co w większości restauracji i kafeterii serwuje się pod nazwą „czekolada” dzieliły je lata świetlne. Bo to wreszcie nie był budyń albo zwykłe kakao (dla jasności – i jedno i drugie bardzo lubię, ale nie kiedy przebierane są za coś innego), tylko najprawdziwsza w świecie czekolada. Taka jak ta, którą wiele zim temu piłam w nieistniejącym już zakopiańskim coctailbarze. „Skosztuj”, zachęcał Witek. Jak to, tylko ja mam przeżywać tę rozkosz zmysłów? Wszyscy więc uzbroiliśmy się w łyżeczki i kursowaliśmy między kubeczkami. Od aksamitnej i kremowej mlecznej czekolady, do tej bardziej charakternej, ciemnej i lekko cierpkiej. Od chrupiącej orzechowej, do uwodzącej kolorem i smakiem pistacjowej. Ale ja kompletnie zakochałam się w białej – słodkiej, ze zdecydowanymi nutami bourbonu i wanilii. Za jej sprawą wychodząc z pracy do domu, ze szczęścia prawie fruwałam. Śladu nie było po wcześniejszym malkontenctwie. Tym bardziej, że w torebce tarabaniłam sporą buteleczkę Witkowego eliksiru białej słodyczy.
Anglicy i Amerykanie mają takie określenie – comfort food. Jedzenie pocieszenia. Dla każdego oznacza ono coś innego. Dla mnie – dzieli się na dwie podkategorie.
Do pierwszej przypisuję smaki dzieciństwa. Potrawy i napoje, które przywodzą mi na myśl beztroskie chwile sprzed ponad dekady. Do nich zaliczam bezy mojej Babci i czekoladę na gorąco, najlepiej w wykonaniu Witka. Puchaty „grzybek” mojej Mamy (na jogurcie albo kefirze): ćwiartka z cukrem pudrem, ćwiartka z miodem i orzechami włoskimi i pół z domowymi wiśniami w syropie rumowym, teoretycznie przewidzianymi do karnawałowych pączków. Bardzo gęstą kaszę manną, przenocowaną w lodówce, pokrojoną w kosteczkę i polaną śmietaną z koglem-moglem i prawdziwą wanilią (latem z kilkoma malinami). Młode ziemniaczki w mundurkach z furą koperku. Wszystkie te rzeczy mają to do siebie, że nigdy nie smakują mi we własnym wykonaniu, a przynajmniej nie tak bardzo jak w cudzym…
Druga grupa to moje własne comfort food. To, co przyrządzę sama i na co apetyt wykształcił mi się w ostatnich latach. Po pierwsze – wszystkie dojrzewające i pleśniowe sery. Po drugie – rozmaite sałaty (na ten sezon: klasyczna polska, chrupiąca sałata, porwana i polana sosem z śmietany 12 połączonej z jogurtem naturalnym, 3 łyżeczkami octu jabłkowego, łyżeczką brązowego cukru, łyżeczką miodu, odrobiną soli morskiej, świeżo mielonego czarnego pieprzu i garścią rozdrobnionych listków melisy). I wszelakie woki (olej sezamowy, odrobina lekkiego sosu sojowego, gram masala i te warzywa, na jakie akurat mam ochotę – aktualnie groszek cukrowy, brokuł, bakłażan i papryka – niekiedy w towarzystwie tofu). Zimą – krótko podsmażane pełnoziarniste spaghetti z sosem z pulpy pomidorowej, pecorino, bazylii i suszonych pomidorów (połowę opakowania tych nie z zalewy oliwnej melaksujemy z łyżką oliwy i mieszamy z pulpą, pecorino i bazylią, połowę tniemy na wąziutkie paseczki i dorzucamy do sosu). I mleko korzenne: z cynamonem, goździkami, kardamonem, wanilią, osłodzone miodem rzepakowym (w wersji porannej jako chai latte, z naparem z czarnej herbaty).
Comfort food to jedyne pożywienie, które mogę pałaszować w samotności. Normalnie bardzo tego nie lubię, jestem za biesiadami w śródziemnomorskim stylu, radosnymi, długimi i bardzo towarzyskimi. Ale pocieszki równie dobrze, jeśli nie lepiej smakują mi, gdy jestem z nimi sam na sam. Może w towarzystwie sprawdzonej lektury, niekoniecznie najwyższych lotów. Do smaków dzieciństwa: „Muminki”, „Mała Księżniczka” albo „Tajemniczy opiekun”. Do dorosłego jedzonka pocieszenia – „Przeminęło z wiatrem”, „Władca pierścieni” albo dobry szwedzki kryminał. Takie chwile dla siebie dopinają podcięte skrzydła. A do tego nie trzeba świadków.