
Było majowe wczesne popołudnie, kwitły bzy i akacje, a za oknami… szaro, mroczno i lało jak z cebra. Do tego ciśnienie ostro pikowało w dół, a wraz z nim – moje samopoczucie. W La Vanille funkcjonowałam w charakterze zombie, na granicy światów żywych i może nie tyle umarłych, co zdecydowanie ospałych. Wszystkie bodźce docierały do mnie jak zza ściany tłumiącej. I wtedy do akcji wkroczyła Dobra Wróżka, czy raczej Dobry Wróżek, pod niepozorną postacią Witka – naszego szefa cukierników.
Na tym nie skończyła się Witkowa magia. Pod koniec dnia ściągnął mnie z biura do cukierni i postawił przed pięcioma filiżankami pełnymi gęstej czekolady – w każdym inny rodzaj. Ich aromat dosłownie przyprawiał o zawrót głowy. Od tego, co w większości restauracji i kafeterii serwuje się pod nazwą „czekolada” dzieliły je lata świetlne. Bo to wreszcie nie był budyń albo zwykłe kakao (dla jasności – i jedno i drugie bardzo lubię, ale nie kiedy przebierane są za coś innego), tylko najprawdziwsza w świecie czekolada. Taka jak ta, którą wiele zim temu piłam w nieistniejącym już zakopiańskim coctailbarze. „Skosztuj”, zachęcał Witek. Jak to, tylko ja mam przeżywać tę rozkosz zmysłów? Wszyscy więc uzbroiliśmy się w łyżeczki i kursowaliśmy między kubeczkami. Od aksamitnej i kremowej mlecznej czekolady, do tej bardziej charakternej, ciemnej i lekko cierpkiej. Od chrupiącej orzechowej, do uwodzącej kolorem i smakiem pistacjowej. Ale ja kompletnie zakochałam się w białej – słodkiej, ze zdecydowanymi nutami bourbonu i wanilii. Za jej sprawą wychodząc z pracy do domu, ze szczęścia prawie fruwałam. Śladu nie było po wcześniejszym malkontenctwie. Tym bardziej, że w torebce tarabaniłam sporą buteleczkę Witkowego eliksiru białej słodyczy.
Anglicy i Amerykanie mają takie określenie – comfort food. Jedzenie pocieszenia. Dla każdego oznacza ono coś innego. Dla mnie – dzieli się na dwie podkategorie.
Do pierwszej przypisuję smaki dzieciństwa. Potrawy i napoje, które przywodzą mi na myśl beztroskie chwile sprzed ponad dekady. Do nich zaliczam bezy mojej Babci i czekoladę na gorąco, najlepiej w wykonaniu Witka. Puchaty „grzybek” mojej Mamy (na jogurcie albo kefirze): ćwiartka z cukrem pudrem, ćwiartka z miodem i orzechami włoskimi i pół z domowymi wiśniami w syropie rumowym, teoretycznie przewidzianymi do karnawałowych pączków. Bardzo gęstą kaszę manną, przenocowaną w lodówce, pokrojoną w kosteczkę i polaną śmietaną z koglem-moglem i prawdziwą wanilią (latem z kilkoma malinami). Młode ziemniaczki w mundurkach z furą koperku. Wszystkie te rzeczy mają to do siebie, że nigdy nie smakują mi we własnym wykonaniu, a przynajmniej nie tak bardzo jak w cudzym…
Druga grupa to moje własne comfort food. To, co przyrządzę sama i na co apetyt wykształcił mi się w ostatnich latach. Po pierwsze – wszystkie dojrzewające i pleśniowe sery. Po drugie – rozmaite sałaty (na ten sezon: klasyczna polska, chrupiąca sałata, porwana i polana sosem z śmietany 12 połączonej z jogurtem naturalnym, 3 łyżeczkami octu jabłkowego, łyżeczką brązowego cukru, łyżeczką miodu, odrobiną soli morskiej, świeżo mielonego czarnego pieprzu i garścią rozdrobnionych listków melisy). I wszelakie woki (olej sezamowy, odrobina lekkiego sosu sojowego, gram masala i te warzywa, na jakie akurat mam ochotę – aktualnie groszek cukrowy, brokuł, bakłażan i papryka – niekiedy w towarzystwie tofu). Zimą – krótko podsmażane pełnoziarniste spaghetti z sosem z pulpy pomidorowej, pecorino, bazylii i suszonych pomidorów (połowę opakowania tych nie z zalewy oliwnej melaksujemy z łyżką oliwy i mieszamy z pulpą, pecorino i bazylią, połowę tniemy na wąziutkie paseczki i dorzucamy do sosu). I mleko korzenne: z cynamonem, goździkami, kardamonem, wanilią, osłodzone miodem rzepakowym (w wersji porannej jako chai latte, z naparem z czarnej herbaty).
Comfort food to jedyne pożywienie, które mogę pałaszować w samotności. Normalnie bardzo tego nie lubię, jestem za biesiadami w śródziemnomorskim stylu, radosnymi, długimi i bardzo towarzyskimi. Ale pocieszki równie dobrze, jeśli nie lepiej smakują mi, gdy jestem z nimi sam na sam. Może w towarzystwie sprawdzonej lektury, niekoniecznie najwyższych lotów. Do smaków dzieciństwa: „Muminki”, „Mała Księżniczka” albo „Tajemniczy opiekun”. Do dorosłego jedzonka pocieszenia – „Przeminęło z wiatrem”, „Władca pierścieni” albo dobry szwedzki kryminał. Takie chwile dla siebie dopinają podcięte skrzydła. A do tego nie trzeba świadków.
