
Przeczytałam właśnie premierowy tekst Leszka Czajki, zatytułowany jakże optymistycznie: „W tym zawodzie sprawia się ludziom przyjemność”. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że takie podejście do życia ma nie tylko więcej fryzjerów i stylistów, ale generalnie – ludzi wszelkich profesji.
REKLAMA
Wywodzę się z rodziny o mocno medycznym zapleczu. Od bardzo wczesnego dzieciństwa słyszałam, że pewnikiem pójdę w ślady Mamy i Babci. No bo jak, z piątkami od góry do dołu ze wszystkich przedmiotów miałabym nie zdać na Akademię Medyczną? Sęk w tym, że ja siebie zupełnie tam nie widziałam… Zazdrościłam Mamie pasji, z jaką mówiła o swojej anestezjologii, entuzjazmu graniczącego z niecierpliwością, z jakimi wracała do pracy po każdym urlopie, ale wiedziałam też, że u mnie byłoby inaczej. Ona to kombinacja dr Rossa z „Ostrego Dyżuru” z Meredith z „Chirurgów”. Ja byłabym Housem do kwadratu – bezlitośnie szczerym profesjonalistą, traktującym pacjenta jak kolejną zagadkę do rozwiązania, nie jak ludzki dramat. Dobrze więc, że nie dałam się w tę medycynę wmanipulować…
Skończyłam politologię. Co z tego, że z wyróżnieniem, skoro już w połowie studiów wiedziałam, że tą drogą też daleko nie zajdę? Nie dla mnie świat wrednych manipulantów i wyrachowanych karierowiczów. Jasne, generalizuję, nie wszyscy są tacy macchiavelliczni, ale tak nam to na uczelni przedstawiano. Miałam dość słuchania o łgarstwach. Wybrałam więc coś zupełnie innego. O wiele smaczniejszego.
Oczywiście, praca w cukierni, czy szerzej, gastronomii to nie sama słodycz. Jak wszędzie – i tu zmagamy się z szeregiem wyzwań. Wczesne poranki. Ciągłe zmiany zdania u szefostwa. Uśmiech na twarzy i ciepłe słowo dla gości, nawet gdy w życiu prywatnym wali się i pali. Motywowanie ekipy i zarażanie optymizmem pomimo drobnych katastrof. Nieoczekiwane składanie zamówionych w ostatniej chwili personalizowanych pudełek. Cierpliwe czekanie, aż ostatni klienci wysączą swoją lampkę szampana, nawet gdy w domu czeka romantyczna kolacja przy świecach. Bo tu nie o nas chodzi, ale o rozkoszne chwile naszych gości - to z nich i my będziemy czerpać energię i entuzjazm. I o ciągłą pokora. W stosunku do życia i innych ludzi.
Ja na przykład dopiero niedawno (a dokładniej – w zeszłą niedzielę, na spotkaniu ze znajomym Włochem – mistrzem szkoły kulinarnej) zrozumiałam o ile erudycyjnie wyższą ode mnie istotą jest prawdziwy kucharz. Nie jakiś tam pan albo jakaś pani po przypadkowo wybranej szkole gastronomicznej (choć i oni mogą być geniuszami!), ale człowiek, który wybrał swoje zajęcie z miłości do jedzenia połączonej z wolą sprawiania radości innym (czyli całkiem jak Leszek Czajka). Taka osoba to nie kucharz, nie szef kuchni, ale prawdziwy alchemik: balansuje na granicy świata nauki i chemii. Wie, jakie reakcje kiedy i w czym zachodzą i czemu mają służyć. Dlaczego białe szparagi kupione na polskim targu tak rzadko się udają. Jak dobierać oliwę do sałat. Czym różni się hiszpańska od włoskiej i dlaczego warto za nią więcej zapłacić. Co zrobić, żeby bazylia do pesto nie czerniała. I gdzie tkwi sekret bezy idealnej (w zapobieganiu osmozie…).
Zgadzam się z Leszkiem Czajką – do swojego zawodu trzeba mieć wielkie serducho. Nie słuchać cudzych podszeptów czy nakazów, ale własnego serca i rozumu. Tu tkwi sekret spełnienia zawodowego, a co za tym idzie – sukcesu. A że czasem trudno dojść do tego, co na dobrą sprawę chcemy robić? Cóż, nie od dziś wiadomo, że „szczęście jest sprawą bardzo skomplikowaną: trudno je znaleźć w sobie, ale nie sposób gdziekolwiek indziej”.
Skończyłam politologię. Co z tego, że z wyróżnieniem, skoro już w połowie studiów wiedziałam, że tą drogą też daleko nie zajdę? Nie dla mnie świat wrednych manipulantów i wyrachowanych karierowiczów. Jasne, generalizuję, nie wszyscy są tacy macchiavelliczni, ale tak nam to na uczelni przedstawiano. Miałam dość słuchania o łgarstwach. Wybrałam więc coś zupełnie innego. O wiele smaczniejszego.
Oczywiście, praca w cukierni, czy szerzej, gastronomii to nie sama słodycz. Jak wszędzie – i tu zmagamy się z szeregiem wyzwań. Wczesne poranki. Ciągłe zmiany zdania u szefostwa. Uśmiech na twarzy i ciepłe słowo dla gości, nawet gdy w życiu prywatnym wali się i pali. Motywowanie ekipy i zarażanie optymizmem pomimo drobnych katastrof. Nieoczekiwane składanie zamówionych w ostatniej chwili personalizowanych pudełek. Cierpliwe czekanie, aż ostatni klienci wysączą swoją lampkę szampana, nawet gdy w domu czeka romantyczna kolacja przy świecach. Bo tu nie o nas chodzi, ale o rozkoszne chwile naszych gości - to z nich i my będziemy czerpać energię i entuzjazm. I o ciągłą pokora. W stosunku do życia i innych ludzi.
Ja na przykład dopiero niedawno (a dokładniej – w zeszłą niedzielę, na spotkaniu ze znajomym Włochem – mistrzem szkoły kulinarnej) zrozumiałam o ile erudycyjnie wyższą ode mnie istotą jest prawdziwy kucharz. Nie jakiś tam pan albo jakaś pani po przypadkowo wybranej szkole gastronomicznej (choć i oni mogą być geniuszami!), ale człowiek, który wybrał swoje zajęcie z miłości do jedzenia połączonej z wolą sprawiania radości innym (czyli całkiem jak Leszek Czajka). Taka osoba to nie kucharz, nie szef kuchni, ale prawdziwy alchemik: balansuje na granicy świata nauki i chemii. Wie, jakie reakcje kiedy i w czym zachodzą i czemu mają służyć. Dlaczego białe szparagi kupione na polskim targu tak rzadko się udają. Jak dobierać oliwę do sałat. Czym różni się hiszpańska od włoskiej i dlaczego warto za nią więcej zapłacić. Co zrobić, żeby bazylia do pesto nie czerniała. I gdzie tkwi sekret bezy idealnej (w zapobieganiu osmozie…).
Zgadzam się z Leszkiem Czajką – do swojego zawodu trzeba mieć wielkie serducho. Nie słuchać cudzych podszeptów czy nakazów, ale własnego serca i rozumu. Tu tkwi sekret spełnienia zawodowego, a co za tym idzie – sukcesu. A że czasem trudno dojść do tego, co na dobrą sprawę chcemy robić? Cóż, nie od dziś wiadomo, że „szczęście jest sprawą bardzo skomplikowaną: trudno je znaleźć w sobie, ale nie sposób gdziekolwiek indziej”.
