Buszowałam ostatnio w Internecie w poszukiwaniu niebanalnego przepisu na młode ziemniaczki. Nic ciekawego nie znalazłam (ostatecznie poratował mnie Enzo swoją wariacją na ich temat, z kurkami i pomidorami), za to natknęłam się na setki receptur zatytułowanych: „Łatwe…”, „Zawsze udające się…” itp. Trochę mnie to zdziwiło. Bo osobiście uważam, że w kuchni nie ma czegoś takiego, jak „uniwersalnie łatwe” ani „zawsze wychodzące”.
REKLAMA
Każdy chyba ma takie dni, kiedy nic mu nie wychodzi. U mnie wygląda to tak: wstaje lewą nogą, warczę na ludzi, w księgarni żadna książka nie wydaje się interesująca, w butiku żaden ciuch dobrze na mnie nie leży i generalnie wszystko leci mi z rąk. Wiem już, że w tym czasie nie mam co zbliżać się do kuchni. Omlet spalę albo nie dosmażę, makaron rozgotuję albo zrobię tak al dente, że na połamanie zębów, sosów nie doprawię a desery przesłodzę. Będę jeszcze bardziej zła, bo głodna. Wolę więc wtedy zdać się na jakąś sprawdzoną restaurację, czy pizzerię i nie narażać się na niepotrzebne nerwy. Bo do gotowania trzeba nie tylko mieć serce, ale i spokojną głowę. Nie spieszyć się, nie irytować, tylko rozkoszować alchemią, jaka ma miejsce na naszych oczach i za naszą sprawą.
Z tego samego względu nie wierzę w coś takiego jak łatwe przepisy. Gdy jakieś 10 lat temu zaczynałam swoją przygodę kulinarną, obłożyłam się stertami książek dla laików, pełnych teoretycznie banalnych przepisów. I się załamałam, bo wszystko to, co im zajmowało 15 minut – u mnie trwało godzinę. Nie miałam wprawy w drobnym krojeniu, oddzielaniu żółtek od białek, obieraniu warzyw czy owoców. To wszystko przyszło z czasem. Dziś idealny sos beszamelowy, doskonałą cukinię z szałwią, czy chrupiącą frittatę brokułową robię niemal z zamkniętymi oczami, ale pierwsze do nich podejścia wcale nie były takie spektakularne! Nie mówiąc o naleśnikach, których przeloty nad moją kuchnią kończyły się na lampie…
Pewne ludowe porzekadło mówi, iż najlepiej smakuje to, co się je głodnemu. Inne, że można zjeść byle co, ale nie byle jak zrobione. W moim przypadku żadne z nich się nie sprawdza. Bo co to znaczy zjeść „byle co”?! Dla mnie każdy posiłek zasługuje na odpowiednią oprawę, celebrę. Nie jadam na ulicy, albo w barach fast food. Atmosfera pośpiechu, plastikowy wystrój, gwar… Przez to wszystko zwyczajnie mi tam nie smakuje! I choć wcale nie tak rzadko sięgam po frytki z MacDonalda (choć wolę te francuskie z Polnej), to zjadam je dopiero w domu, albo na pikniku ze znajomymi, „na swoich warunkach”, ale nigdy w biegu. A jak jestem głodna i spróbuję czegoś, co nie jest w moim guście – apetyt odejdzie a ja zostanę wcieleniem powiedzenia: Polak głodny to Polak zły. Zdecydowanie jest mi bliższe myślenie konfucjańskie: Kto lubi jeść dobrze, może umrzeć z głodu (no, może nie w tak radykalnej wersji…).
A na koniec łatwy i zawsze się udający przepis na ziemniaczki z rozmarynem;0)
Młode ziemniaczki szorujemy i gotujemy w łupinkach aż będą miękkie, ale nie rozpadające się. Odcedzamy i osuszamy. Do blaszki nalewamy oliwy z oliwek, wrzucamy roztarty w palcach świeży rozmaryn i dodajemy łyżeczkę soli morskiej. Przekrojone na pół ziemniaczki obtaczamy w doprawionej oliwie i ustawiamy przeciętą powierzchnią do góry. Zostawiamy na kwadrans, żeby dobrze przeszły aromatem rozmarynu. Następnie na każdym kładziemy kosteczkę aromatycznego i dobrze topiącego się sera, np. raclette albo tallegio. Pieczemy w 180 stopniach aż ser się rozpuści i przyrumieni.
Młode ziemniaczki szorujemy i gotujemy w łupinkach aż będą miękkie, ale nie rozpadające się. Odcedzamy i osuszamy. Do blaszki nalewamy oliwy z oliwek, wrzucamy roztarty w palcach świeży rozmaryn i dodajemy łyżeczkę soli morskiej. Przekrojone na pół ziemniaczki obtaczamy w doprawionej oliwie i ustawiamy przeciętą powierzchnią do góry. Zostawiamy na kwadrans, żeby dobrze przeszły aromatem rozmarynu. Następnie na każdym kładziemy kosteczkę aromatycznego i dobrze topiącego się sera, np. raclette albo tallegio. Pieczemy w 180 stopniach aż ser się rozpuści i przyrumieni.
