wolowina w sosie teiyaki
wolowina w sosie teiyaki iphone

Próbowałam. Starałam się. Walczyłam. Kupiłam kilka książek, radziłam się mamy, wymieniałam pomysłami ze znajomymi. Niestety. Wbrew rozlewającej się po całej Polsce modzie na gotowanie, mam dość. Rzucam gary. Przesyłam ostatnie prawdopodobnie zdjęcie wołowiny w sosie teriyaki, jaką zrobiłam. Wybieram wolność.

REKLAMA
Uwielbiam dobrze zjeść, cieszę się różnymi smakami, tak jak cieszą mnie kolory, kształty, formy i dźwięki. Zdecydowanie nie jestem jednak dobra w kuchni i nie będę się już starać udowodnić, że jest inaczej.
W ostatnich miesiącach brzdęk sztućców, naczyń i skomplikowanych narzędzi kuchennych odgrywały w moim życiu zbyt dużą rolę. Natchnięci programami telewizyjnymi, w których gwiazdami są wyrafinowane dania, gotowaliśmy całą rodziną. Bo tak trzeba. Umiejętność przyrządzania smakowitych potraw z różnych regionów świata zdaje się dziś być przepustką do VIP-Roomu ludzi cywilizowanych. W telewizji mnożą się wirtuozi patelni, których przepisy na smakowitą wołowinę wynoszone są do rangi przepisów na życie.
Nie gotujesz - nie istniejesz, można by pomyśleć, oglądając programy i okładki gazet z Robertem Makłowiczem, Magdą Gessler, Ewą Wachowicz, Adamem Chrząstowskim, Nigellą Lawson, przyglądając się billboardom z Karolem Okrasą i Pascalem Brodnickim. Jako newsy media podają informacje o tym, kto z kim walczy o program kulinarny w telewizji. Nawet perypetie Michała Figurskiego, który próbuje wrócić do showbiznesu, relacjonowane są w kontekście sushi!!!!! Otwieram Facebook, a tam moi znajomi z przeszłości uruchamiają strony internetowe z przepisami. I wreszcie - wrzucam na walla zdjęcie z kuchenki, by już za chwilę przyglądać się wpadającym z prędkością światła dziesiątkom komentarzy.
Kuchnia rozgrzewa zmysły. To pewne. Niestety, nie każdy ma do niej serce. Zwłaszcza, jeśli bije ono do innych dziedzin "sztuki". Uświadomiłam sobie, że w okresie, kiedy poświęciłam się poznawaniu smaków kultur, zaczęło brakować mi czasu na to, co kocham najbardziej: muzykę, teatr, kino, czytanie. To właśnie one są dla mnie w życiu najważniejsze. Są dla mnie wizą do lepszego świata - świata twórczego myślenia, braku konwenansów, przełamywania barier i otwartego dialogu z drugim człowiekiem. Zdałam sobie sprawę, że na drodze do tego świata coraz częściej stawał mi ostatnio nóż i widelec.
Tymczasem tyle ciekawych rzeczy dzieje się poza garnkami. Na rynku ukazuje się właśnie przepiękna płyta "8CHO ESTACIONES. VIVALDI/PIAZZOLLA" Christiana Danowicza i wrocławskiej orkiestry Leopoldinum. Połączenie utworów Astora Piazzolli z Czterema Porami Roku Vivaldiego jest prawdziwą ucztą dla zmysłów. W kinie - ciekawy Woody Allen z filmem "Zakochani w Rzymie". Okay - wiem, że dla wielu to obraz nudny i nieciekawy, dla mnie typowo Allenowski. Świetny komentarz do choroby cywilizacyjnej, która zaraża kolejne społeczeństwa - celebryckości. W literaturze - "Królewicz Śnieżek" Suchowierskiej i Eichelbergera. Aktualny po niedawnym Kongresie Kobiet. Albo "Letnie Kłamstwa" Bernharda Schlinka, napisane piękną prozą opowiadania o ulotnym pięknie i skomplikowaności relacji między ludźmi.
Odkąd wróciłam do kultury, rzadko spoglądam w stronę garnków. Człowiek je po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby konsumować. A już na pewno nie po to, żeby spędzać godziny w kuchennych oparach.

Acha - i mniej boli mnie dziś kręgosłup.