Widok z Kotelnicy Białczańskiej.
Widok z Kotelnicy Białczańskiej. artmu-sik

Zostałam dziś potępiona. Nieopatrznie chlapnęłam, że wyjeżdżam w święta na narty. „Ha ha, żartujesz”, powiedziała znajoma. „Nie, poważnie”, odparłam. „O jezu, no co ty…”, spojrzała na mnie, bardziej już zniesmaczona niż zdziwiona.

REKLAMA
No dobrze. Przyznaję. Od dwóch lat spędzam Boże Narodzenie z synem i najbliższą mi osobą na nartach, w górach. Nie jesteśmy na tyle nowocześni, żeby szaleć na stoku, kiedy pierwsza gwiazdka pojawia się na niebie. Wigilię spędzamy tradycyjnie, przy stole. Zamiast jednak siadać do niej z naszą ogromną „włoską” rodziną, z którą w Warszawie biesiadujemy co najmniej dwa razy w miesiącu, siadamy z innymi turystami i białczańskimi góralami.
Wszystko jest tak, jak być powinno: dzielimy się opłatkiem i próbujemy dwunastu potraw, które smakują tym lepiej, że nie trzeba było dochodzić z nimi godzinami w zaparowanej kuchni. Zamiast stania przy garach i nerwowego przeładowywania zmywarki, można poświęcić się refleksji i rozmowom przy stole. Można się też rozerwać. Do restauracji obowiązkowo wpadają kolędnicy, zwani na Podhalu jaślikarzami. Widzieliście kiedyś polskich jaślikarzy? Na przedzie pochodu obowiązkowo idzie Anioł. Dalej baca i juhasi, a potem Diabeł, Śmierć, Żyd (tak „ej, Zydzie, Zydzie”) i Turoń („kany Turoń chodzi, tam się zytko rodzi”), czasem jeszcze Herod i – nieco przedwcześnie – Trzej Królowie. Są pastorałki i wspólne śpiewanie kolęd. Na koniec przychodzi Mikołaj i rozdaje obowiązkowe prezenty. Ja zwykle też muszę mu coś zaśpiewać.
Kto przeszarżuje podczas kolacji, o 20 jest już w hotelowym pokoju i przygotowuje się do kolejnego dnia na stoku. Kto rozkładał siły, może po wigilijnej wieczerzy zasiąść z gospodarzami i przy winie wysłuchać historii współczesnej Polski nieskażonej polityczną retoryką. Na Podhalu podczas świąt nie można pokłócić się z dziadkiem o Macierewicza, ani z wujkiem o restrukturyzację służby zdrowia. Nikt tu nie narzeka, że za mało zarabia (i że to niesłusznie), ani nie dopytuje zbyt gorliwie, jak ty sobie radzisz. Proste. Ludzie znają się zbyt mało, żeby głęboko indagować sąsiada, sowicie dzielić się frustracjami lub dyktować recepty na choroby Rzeczpospolitej.
Za to, jak z żadnej gazety, można wyczytać ze słów górali doskonałe polskie success stories. W ubiegłym roku na przykład poznaliśmy fantastyczną historię Burkatów, rodziny, która w Białce ma swoje cukiernie i piękny pensjonat. Nestorka rodu, babcia właścicieli ośrodka, spędziła w Stanach Zjednoczonych kilkadziesiąt lat (wiele białczańskich rodzin żyje pomiędzy swoim rodzinnym domem a Chicago). Tam nauczyła się ciężkiej pracy i dystansu do życia. Wspaniała kobieta. Dziś, już w Białce, dogląda interesów syna i synowej (cukiernie) oraz wnuka i jego żony (hotel). Tego, co mówiła o swoim prywatnym życiu i podejściu do mężczyzn, zdradzać nie będę, choć było fascynujące i bardziej nowoczesne niż to, czego można dowiedzieć się z kobiecych magazynów. Nie zostałam do opowiadania prywatnych historii upoważniona. Zresztą jak chcecie dowiedzieć się więcej, to sami pojedźcie. Takich rodzin w Białce jest więcej: Dziubasikowie (ci od Bani), Dziubasi, Liptakowie, Toporowie (piękny pensjonat Toporów i charyzmatyczna właścicielka Helena Topór)…
A byliście kiedyś na Kotelnicy Białczańskiej? Nowocześnie? Bardzo. Trudno uwierzyć, że wcale nie żadne private equity, ani biznesy z tła afery hazardowej (albo jakiejś innej) są właścicielem tego dynamicznie rozwijającego się ośrodka. To białczańskie rodziny zebrały się, założyły spółkę i eksploatują wspaniale możliwości swojego regionu. Przestudiujcie historię takich miejsc jak Kotelnica. Spółka Ośrodek Narciarski Kotelnica Białczańska powstał w 2000 roku. Zobaczcie ile góralskich rodzin potrafiło się porozumieć i zbudować coś wspaniałego, nowoczesnego i dynamicznie się rozwijającego: Rodziny białczańskie ktore weszly do spolki
Zaprzęgli do tego interesu wspólną energię, wiedzę i doświadczenia, które zdobywali między innymi w Ameryce. To miasteczko, które w istocie jest po prostu obudowaną domkami ulicą, rośnie z niezwykłym rozmachem: luksusowe pensjonaty, kawiarnie, kolejne wyciągi, fantastyczne nowoczesne termy...!
Dlatego uwielbiam święta w polskich górach. Ładują mi akumulatory na cały rok, bo spędzam je wśród ludzi, którzy uważają, że ten, kto twierdzi, że czegoś nie da się zrobić, nie powinien przeszkadzać temu, kto właśnie to robi.
No a poza tym, już po wieczornych rozmowach, magiczna pasterka. Wyjątkowe kazanie w malowniczym, wypchanym po brzegi i naładowanym pozytywną energią kościele św. Szymona i Judy Tadeusza. Bezcenne.
I od rana, po świątecznym śniadaniu, w góry!
logo
Ja, mój syn i rodzina Burkatów w komplecie. artmus-ik