O autorze
Szczęśliwa mama szóstki dzieci, rodowita Poznanianka, kobieta biznesu, prezes klubu piłkarskiego Warta Poznań S.A., prezes spółki budowlano-deweloperskiej Family House, kiedyś modelka. Jedna z najbardziej wpływowych kobiet w Polsce i w świecie piłki nożnej. Na swoim blogu poruszam tematy sobie bliskie: sport, zdrowy tryb życia, macierzyństwo i polityka.

Punkt punktowi nierówny

Powiedzieć, że o reformie Ekstraklasy powiedziano już wszystko, to nic nie powiedzieć. Temat był już maglowany od każdej możliwej strony, próbowano analizować reformę pod każdym możliwym kątem – też mam swoje przemyślenia i chciałabym przedstawić je w kilku zdaniach.



Najwięcej kontrowersji w polskiej ekstraklasie wzbudza dzielenie punktów po fazie zasadniczej, będące obosieczną bronią w rękach ligowego regulaminu. Ekstraklasa jest teraz troszkę jak Robin Hood – zabiera bogatszym (w punkty i nie tylko, patrz: Legia), a daje biedniejszym (w punkty i nie tylko, patrz: Lech). 10 punktów przewagi nad wiceliderem tabeli to spora przewaga, jednak Legia przed startem decydującej fazy rozgrywek, miała wyłącznie pięć „oczek” więcej od „Kolejorza”, który cieszył się ze zniwelowania tej punktowej przepaści. Z jednej strony podział punktów zwiększa ligowe emocje w decydującej fazie rozgrywek, z drugiej – ten zabieg niestety ma podobny sens, jak opowiadanie dowcipów konającemu.


W zupełności rozumiem zamysł – jakiekolwiek działania, mające na celu zwiększenie atrakcyjności rozgrywek, są godne pochwały. Z drugiej jednak strony, moim zdaniem reforma poszła o krok za daleko.

Podobny system (dzielenie punktów po rundzie zasadniczej) teoretycznie sprawdził się w lidze belgijskiej, która jest jeszcze bardziej pogmatwana od naszej. Jak mówi Włodzimierz Lubański dla „Przeglądu Sportowego”:

Moim zdaniem, najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie w Polsce modelu szkockiego. Dzielenie ligi na dwie części – ok., niech będzie. Tylko bez dzielenia punktów – remisy i zwycięstwa w obecnym systemie w Ekstraklasie stają się niemal równie cenne.


W Szkocji w najwyższej klasie rozgrywkowej gra tylko 12 zespołów, a runda zasadnicza kończy się po tym, gdy każdy zespół zagra z każdym po 3 razy. W innej sytuacji finansowej w Polskim futbolu, warto byłoby zastanowić się nad uszczupleniem ligi i zwiększeniem dawki bezpośrednich spotkań poszczególnych zespołów – zachowana zostałaby intensywność meczów, a zdobywane w rundzie zasadniczej punkty nie traciłyby na wartości, tak jak dziś.


Ponadto warto zwrócić uwagę na prosty rachunek: teoretycznie więcej meczów to więcej sprzedanych biletów, czyli większy dochód dla klubów. W Polsce jest jednak inaczej - niektórzy regularnie dopłacają do spotkań organizowanych na swoim obiekcie.

Przeciwko reformie ligi były wszystkie kluby z Górnego Śląska. Dla przykładu w Zabrzu budowany jest nowy stadion i na mecze przychodzi tylko po kilka tysięcy widzów. Jak pisała jakiś czas temu „Rzeczpospolita”, plany są piękne, bo nowy obiekt z trybunami na ponad 30 tysięcy ma wypełniać się w 60–70 procentach, a jeżeli kibice w punktach gastronomicznych i stanowiskach z pamiątkami zostawią przynajmniej tyle, ile wydali na bilet, mecze Górnika będą rentowne.

Problem w tym, że plany zazwyczaj niewiele mają wspólnego z faktami. Piast Gliwice ma już nowy obiekt, ale nie potrafi go wypełnić swoimi fanami. Ruchu Chorzów ma stadion, który zalicza się do najstarszych w lidze, drużyna gra słabo i dochody z meczu najwyżej równoważą wydatki. Takich przykładów w Ekstraklasie jest więcej.

Deloitte cyklicznie publikuje zestawienia, dotyczące finansów w Ekstraklasie. Dość zdezaktualizowany, choć nieodróżniający się za bardzo od dzisiejszych realiów raport za 2011 rok odnotowuje, że Ruch Chorzów w skali sezonu zarobił na biletach 1,7 miliona złotych, Korona Kielce 1,5 miliona, ale już np. GKS Bełchatów (dziś pierwszoligowiec, że sporymi szansami awansu do Ekstraklasy) tylko 300 tysięcy, co stanowiło 2 procent dochodu całego klubu.

Koszt organizacji meczu ligowego na najwyższym szczeblu to spory wydatek. Większość domowych spotkań Legii, zostaje uznana za mecze „podwyższonego ryzyka”. Organizacja takiego meczu to blisko 200 tysięcy złotych! Warszawiacy jednak odnotowują zysk, sprzedając ok. 70 tysięcy biletów w każdej rundzie.

Zyski w dniu meczu gwarantuje więc tylko pełen stadion, o co trudno, przy braku klasowych piłkarzy, wyników czy odpowiednich, ekstraklasowych standardów. Kluby sceptycznie podchodziły do reformy, bo nie wiedziały za bardzo czego się po niej spodziewać. Czas ostatecznych rozliczeń przyjdzie po sezonie i podobnie jak wielu kibiców, jestem ciekawa, jak nowy system rozgrywek przełoży się na finanse poszczególnych klubów, które w odróżnieniu od słabszych ekip, występujących w niższych ligach, mogą liczyć na pokaźne środki z tytułu praw telewizyjnych, stanowiące zazwyczaj znaczną część sezonowego budżetu.

Najważniejsze, choć oczywiste - w Polsce jest sens "bawić sie" w piłkę, tylko grając w Ekstraklasie. Od pierwszej ligi w dół, prowadzenie klubu oznacza wrzucanie kasy do finansowej studni bez dna. Reforma Ekstraklasy nic tu nie zmienia.

Niedawno miałam okazję rozmawiać z niegdyś najważniejszą osobą w polskiej piłce. Zapytałam się, co sądzi o reformie i kto jest z niej zadowolony. Mój rozmówca odpowiedział krótko: jej autorzy.

Fajnie, że czynione są starania, mające na celu uatrakcyjnienie Ekstraklasy, za to wielki Plus dla PZPN. Ten sezon można uznać za pilotażowy – przekonamy się, czy obecny system faktycznie spowoduje dodatkowy zastrzyk emocji dla kibiców. Nie możemy jednak zapominać, że to oni są najważniejsi. Może to właśnie kibice powinni wypowiedzieć się w kwestii reformy?