
Marzyłam o tym, żeby czerwiec w Poznaniu za sprawą Warty kojarzył się z zielenią, ale nie przypuszczałam, że aż tak głośno zrobi się o fanach reprezentacji Irlandii. Nigdy dotąd nie spotkaliśmy się chyba w Polsce z takim rodzajem kibicowania – bez względu na wyniki, bez względu na wszystko. Fani „The Boys in Green” zasługują na to, aby poświęcić im kilka słów.
REKLAMA
Przyjechali do Poznania wiedząc, że ich zespół nie ma większych szans w grupowych meczach. Mimo wszystko dołożyli wszelkich starań, aby czas spędzony w stolicy Wielkopolski był dla nich niezapomniany. Wlewając w siebie hektolitry piwa i wznosząc tysiące pieśni, Irlandczycy szybko zdobyli sympatię poznaniaków, zaczęto wręcz mówić o braterstwie dusz.
Po klęsce naszej reprezentacji większość z nas popadła w podły nastrój. Fani z Polski kontrastowali z wiecznie uśmiechniętymi i świętującymi fanami z Zielonej Wyspy. Sęk w tym, że my na turnieju straciliśmy trzy bramki, a Irlandia… dziewięć.
Ich hasła, przyśpiewki czy napisy na flagach bawiły nas do łez, a pieśń „The Fields of Athenry” śpiewana za każdym razem pomimo porażek wzruszyła wielu fanów futbolu na całym świecie. Cieszę się, że uwadze Irlandczyków nie umknął fakt, iż w Poznaniu mieści się stuletnia, posiadająca zielone barwy Warta – Sunday World jak i The Irish Sun zrealizowały głośne artykuły o naszym klubie, zorganizowaliśmy nawet sesję zdjęciową kibiców „The Boys in Green” z modelkami z mojej agencji, Perfect Model.
Wizyta Irlandczyków w Poznaniu może stanowić pewnego rodzaju lekcję dobrych, kibicowskich wzorców. W większości jesteśmy kibicami od święta, kibicami sukcesu, a po porażce większość Polaków zdejmuje flagi z aut czy balkonów. Musimy nauczyć się cieszyć, okazywać nieskrępowane emocje i celebrować tak wielkie wydarzenia, jak EURO 2012. Najlepsi przykład takiego kibicowania dali nam przybysze z Zielonej Wyspy.
