Fot. Rafał Michałowski / Agencja Gazeta

Moja najstarsza córka ma prawie 7 lat. Jest w zerówce. Uparcie twierdzi, ze woli pochodzić od małpy niż z żebra Adama. I pyta się wszystkich dookoła czy wierzą w Boga. Pytanie bardzo bezpośrednie, nieraz wywołujące spore zakłopotanie. A ja ciągle ostatnio czytam o księżach pedofilach, o lizaniu kolan i o wydawaniu publicznych pieniędzy na lekcje religii w szkołach. Od razu zastrzegam – nie będę teraz tydzień w tydzień rozpisywać się na tematy religijne – chcę jednak zwrócić uwagę na problem, który dostrzegam jako matka małych dzieci.

REKLAMA
No właśnie, czy ktoś pamięta z jakiej przyczyny przeniesiono tzw. katechezy z kościoła do szkoły? Ja nie pamiętam, byłam wtedy w podstawówce. Starałam się dotrzeć do informacji na ten temat. Znalazłam w internecie rozmowę z księdzem, który przypomina, że do początku lat 90-tych, przed około 30 lat religii nauczano w salkach przykościelnych.
Pamiętam, że sama od początku podstawówki chodziłam na lekcje religii czyli katechezy do kościoła, a konkretnie właśnie do salki przykościelnej. Lekcje te wspominam normalnie, a nawet całkiem sympatycznie. Prowadził je młody i pełen wiary ksiądz ( fajny i normalny ), który próbował wpoić swoim uczniom wartości, w które sam gorąco wierzył. Miło wspominam atmosferę salki, w której odbywały się zajęcia - obrazki Świętych na ścianach, specyficzny zapach i klimat całego pomieszczenia.
Natomiast od czasu, gdy chodziłam do szóstej lub siódmej klasy podstawówki, lekcje religii przeniesiono do szkoły. I tu przychodziła do nas Pani katechetka, która odbębniała swoją robotę. W klasie podczas zajęć zawsze panował hałas, nikt jej nie słuchał, a chłopcy wręcz wyśmiewali urodę katechetki oraz jej okulary ze szkłami jak denka od butelki. Pani nie była kompletnie przygotowana do pracy z dziećmi i z młodzieżą.
Wiadomo – dla rodziców wygodniej jest odwozić dziecko wyłącznie do szkoły, zamiast dojeżdżać jeszcze dodatkowo do kościoła. Kiedyś lekcje katechezy odbywały się od godz 17:00/18:00, wiec trzeba było dziecko zaprowadzić i odebrać. Wiara wymaga jednak poświęceń. Zmiana salki parafialnej na szkolną salę może i była wygodniejsza, ale według mnie spowodowała spory uszczerbek na jakości nauki religii.
Religia w szkole daje oczywiście gwarancję, że więcej dzieci będzie na nią uczęszczać (skoro jest w środku dnia lekcyjnego i większość klasy chodzi na religię, to reszta dzieci, aby nie zostać np. odrzuconym przez grupę, nawet jeśli nie ma ochoty – podporządkowuje się pozostałym i idzie na zajęcia). Tu nasuwa się pytanie - czy lekcje religii w szkole nie zmuszają w pewien sposób części dzieci, aby chodziły na nie tylko dlatego, że inni to robią?
Katecheza z kościele skupiała dzieci rodziców naprawdę wierzących. Atmosfera była zupełnie inna, niż w szkole. Na szkolnych korytarzach nikt z uczniów nie poruszał kwestii wiary i religii. Nie bardzo rozumiem też idei wystawiania ocen z tego przedmiotu. Za co one są? Za stopień wiary, za znajomość biblii i przykazań, czy za to, że dziecko grzecznie i cicho siedzi, słuchając katechety?
I to słynne pytanie: z czego masz jutro sprawdzian? Z religii.
Osobiście uważam, ze wiara to indywidualna sprawa. Nie chce zmuszać swoich dzieci do chodzenia czy nie chodzenia na lekcje religii, niech same wybiorą. Teraz wiadomo - są za małe, by zrobić to w pełni świadomie, ale nie czarujmy się, 7-latki już nie dają sobie w kasze dmuchać i nie wierzą we wszystko bezkrytycznie. Żądają wyjaśnień i odpowiedzi.
Chętnie daję im te odpowiedzi, zaspokajając dziecięcą ciekawość – mam nadzieję, że ich doinformowanie pójdzie w parze z dalszą ciekawością swojej religii.
Wracając jednak do meritum - według mnie, zdecydowanie ciekawsze były katechezy w kościele. Oczywiście, koszt organizacji takich lekcji ponosił wtedy kościół, który dziś boi się utraty wiernych. Ale uważam, że taka kościelna inwestycja była warta zachodu. Teraz to już nie jest to samo. W szkolnym programie nauczania powinien się dziś znajdować przedmiot przygotowujący do życia seksualnego, tolerancji wobec innych, życia w rodzinie i jego prawnych aspektów, itd. Itp.
Z wiarą z pewnością żyje się łatwiej – jej siła pozwala nam przezwyciężać trudy codzienności. Tej wiary jednak dzieci nie nauczą się w sali lekcyjnej od kogoś, kto przyszedł odrobić pańszczyznę.
A Wy co na ten temat sądzicie ?