Mieć klub, to jedno. Znajdować środki na jego finansowanie i stabilizację – to drugie, trudniejsze. Skąd polskie kluby mają pozyskiwać pieniądze na rzecz swojej działalności i rozwoju? To karkołomne zadanie, bo kłody pod nogi rzuca nam nawet władza… Tego efektem jest kondycja krajowej piłki.

REKLAMA
Ustawa hazardowa, czyli radź sobie sam
Ustawa hazardowa – powiedziano o niej już wszystko. To przez jej wprowadzenie m.in. I liga piłkarska straciła sponsora tytularnego, powodując finansową degrengoladę całych rozgrywek. Chętnych do sponsorowania brakuje, a tymczasem firmy bukmacherskie chętnie reklamowały się na strojach futbolistów czy stadionach. Co zrobić bez tych wpływów? Prezesie, zarządco – radź sobie sam!
Według badań polski sport traci rocznie około 100 miliona złotych poprzez obowiązującą treść ustawy hazardowej w naszym kraju. Wydaje się, jednak, że pojawiła się szansa na zmiany, które spowodują, że kluby oraz państwo będą mogły liczyć na milionowe wpływy spółek związanych z branżą zakładów sportowych i gier hazardowych.
Więcej o tej sprawie można przeczytać tutaj: http://transfery.info/55914,nieuchronne-zmiany-w-ustawie-hazardowej-wielka-szansa-dla-polskiej-pilki-nonej
Sponsoring - Polska vs. reszta świata
W Polsce większość klubów bazuje na sponsoringu lub miejskich dotacjach, czym zdecydowanie nie różni się od dużych piłkarskich ośrodków na świecie. Diametralnie różne są jednak kwoty dochodów ze sponsoringu w Polsce i ich proporcje w stosunku do wpływów generowanych przez futbolowe mocarstwa. Dzień meczowy, z uwagi na wysoką frekwencję i prężnie działający marketing (zwłaszcza na zachodzie) stanowi jedną z ważniejszych podwalin budżetowych większości liczących się w Europie klubów. W Polsce zaś dochód ze sprzedaży biletów zazwyczaj nie pozwala na opłacenie samej organizacji meczu.
Jeśli klub nie znajdzie inwestora, choćby takiego, jakim dla Warty była Spółka Family House, skazany jest w najlepszym przypadku na egzystencję na granicy przyzwoitości. Są jednak pewne wyjątki od tej reguły, choć ciężko doszukiwać ich się nad Wisłą.
Prawa telewizyjne
Chyba nigdzie na Starym Kontynencie nie ma takiej dysproporcji pod tym względem, jak w Polsce – różnica między dochodem z tytułu praw telewizyjnych w Ekstraklasie i I lidze jest nieporównywalna.
Na zachodzie przeważnie prawa telewizyjne są połączone między ligami, np. 80 procent zysków otrzymują kluby z najwyższej klasy rozgrywkowej, a 20 procent z niższej. Wtedy oferta dla potencjalnej telewizji jest ciekawsza i pojawia się szansa na zdobycie większych środków finansowych. W Polsce sytuacja I ligi przy takim rozwiązaniu uległaby poprawie. Jednak nasza ekstraklasa nie chce póki co dzielić zyskami z 1 ligą. Byłoby świetnie, gdyby nowy prezes PZPN postarał się zmienić coś w tej kwestii.
Warta, tak jak każdy klub I ligi, otrzymuje 40 tysięcy złotych na rundę od Orange Sport TV. To rzecz jasna kropla w morzu potrzeb.

Socios, crowdfunding, czyli marka pracuje sama na siebie
Jest takie powiedzenie – najpierw Ty zapracuj na swoje nazwisko, a potem ono będzie pracować za Ciebie. Nie inaczej jest w przypadku znanych, piłkarskich klubów. Niedawny przykład Realu Oviedo pokazuje, jak duży potencjał tkwi w kibicach, ich przywiązaniu do barw klubowych i chęci aktywnego współuczestnictwa w życiu piłkarskiego organizmu. Poza niesamowicie nagłośnioną i nad wyraz owocną akcją zbiórki pieniędzy dla zasłużonego hiszpańskiego klubu, udało się pozyskać sponsora, o którym marzy każdy – Carlosa Slima, magnata telekomunikacyjnego, jednego z najbogatszych ludzi na kuli ziemskiej.
Kibice, w tym także tzw. „socios” (fani, którzy są jednocześnie członkami klubu), są gotowi opłacać działalność klubów, trzeba jednak mierzyć siły na zamiary – działalność klubu piłkarskiego na wysokim szczeblu to wydatek, którego nie pokryją nawet najhojniejsi fani. No chyba, że pochodzą np. z rodziny Slima.
Idea „socios” z marketingowego punktu widzenia jest ciekawa. Np. w FC Barcelona członkostwo otrzymuje się poprzez dokonanie rejestracji i uiszczanie rocznej wpłaty. Wiąże się ono z wieloma przywilejami, takimi jak: możliwość kupna biletów w przedsprzedaży, i to z rabatem 20%, bezpłatna prenumerata magazynu klubowego, zniżki na gadżety klubowe, prawo brania udziału w Zgromadzeniu Ogólnym, możliwość bycia wylosowanym do Zgromadzenia Delegatów, do którego dołączanych jest 637 socios mających najdłuższy staż, czynne lub bierne prawo wyborcze w co czteroletnich wyborach na prezydenta klubu, decydowanie o rodzajach wspieranej z części składek działalności społecznej.
Crowdfunding można nazwać ogólnym modelem kooperacji na linii klub – kibic, z którego m.in. wywodzi się idea „socios”. Crowdfunding to forma finansowania klubu przez społeczności, które są zainteresowane życiem klubu i jego dobrem. Przedsięwzięcie jest w takim przypadku finansowane poprzez dużą liczbę drobnych, jednorazowych wpłat dokonywanych przez zaangażowane osoby.
Co ciekawe, obie idee mogą sprawdzać się albo w futbolowych mocarstwach jako istotna forma współfinansowania, albo na peryferiach piłkarstwa, jako jedyne źródło dochodu.
Polecam bardzo ciekawy tekst na ten temat: http://www.sportmarketing.pl/publicystyka/140,crowdfunding-po-polsku
Skoro chcąc zapewnić sobie stabilność nie możemy liczyć na finansowanie społecznościowe, a sponsorzy (z pominięciem chętnych do współpracy lecz pozbawionych takich możliwości firm bukmacherskich) nie garną się do inwestycji w sport, to dokąd kierować ofertę współpracy?
Może miasto?
Pod tym kątem wszędzie jest inaczej. Większość włodarzy miejskich w naszym kraju zdaje sobie sprawę z faktu, że kluby sportowe wpływają na rozpoznawalność danego miasta i pomagają im, finansowo lub infrastrukturalnie. Poznań niestety jest pod tym kątem nieco inny, choć nie tracę nadziei na niespodziewany zwrot sytuacji i przychylne spojrzenie ze strony miejskich radnych oraz przede wszystkim prezydenta Grobelnego.
Faktem jednak jest, że w I lidze i Ekstraklasie nie ma choćby jednego klubu, który mógłby istnieć wyłącznie w oparciu o miejskie pieniądze. Co do Warty – otrzymujemy 40 tysięcy złotych na rundę od Miasta i ze względu na horrendalne stawki nie możemy korzystać ze Stadionu Miejskiego. Co za tym idzie, klub staje przed koniecznością rozbudowy własnego obiektu. Średnio kluby z I ligi otrzymują od samorządów ok. miliona złotych rocznie. Warta o tym może jedynie pomarzyć.
Biznes czy filantropia?
Pytanie, które zadawało już sobie wielu, brzmi: „czy da się zarobić na klubie sportowym?”. Sądzę, że nie. Myślę, że wydawanie pieniędzy na działalność klubu piłkarskiego to filantropia. Rzecz jasna każdy sponsor może śledzić wysokość ekwiwalentu reklamowego, jednak są to wirtualne pieniądze.
Kolejna sprawa – transfery. Ludziom wydaje się, że po sprzedaży zawodnika za niezłe pieniądze, klub zarabia nierzadko wielką kasę. Nic bardziej mylnego. Nawet jeśli klub zarobi na transferze zawodnika, to przeważnie całość kwoty jest wydawana na najpilniejsze potrzeby. Których nigdy nie brakuje.
Taki już urok finansowania futbolu. Niezależnie od przychodów, zawsze wydaje się więcej. I zawsze na coś brakuje.