
Jeszcze nie skończyła się moda na wszechobecne promowanie i wałkowanie homoseksualizmu, który nie znosi krytyki (jakiejkolwiek) a każdy jego krytyk to śmiertelny wróg i zatwardziały homofob. Obecnie zaczęło się wałkowanie „ch**a”, wywołanego do tablicy przez Panią dyrektor teatru z Poznania.
REKLAMA
Ile można o tym słuchać? Czy to wypada, czy nie wypada, aby dyrektor miejskiego teatru wyzywała od „ch***” znaną na całym świecie osobistość ze świata religii i polityki? Pozwalając sobie na małą analizę językową - nie ma jak dla mnie definicji użytego w tym kontekście słowa „ch***”. No bo wszak o organ nie chodziło.
Więc co to znaczy, że ktoś jest „ch***”? Że go nie lubimy? Że jest donosicielem, mordercą, złodziejem? Jak nam ktoś się wepchnie w kolejkę, to może być „ch***”? Gdy zachowuje się prymitywnie, jest pijany i brudny – też może być „ch***”? Jak nam ktoś nam zrobi świństwo w pracy to tez "ch***" ? Można tak długo wymieniać i się zastanawiać.
Znalazłam takie definicje:
http://pl.wiktionary.org/wiki/chuj
Lub:
Wredny facet, stosowane często dla określenia adminów, moderatorów i szefów (jako synonim), nauczycieli, wykładowców i innych ludzi utrudniających codzienne życie. W odróżnieniu od dupka - chuj sugeruje, że nazwany tak gość jest wredny i zły. Określenie to więc wiąże się głównie ze złością i niechęcią, nie jest jednak pogardliwe, jak np bliskoznaczny chujek.
Wredny facet, stosowane często dla określenia adminów, moderatorów i szefów (jako synonim), nauczycieli, wykładowców i innych ludzi utrudniających codzienne życie. W odróżnieniu od dupka - chuj sugeruje, że nazwany tak gość jest wredny i zły. Określenie to więc wiąże się głównie ze złością i niechęcią, nie jest jednak pogardliwe, jak np bliskoznaczny chujek.
Ci, którzy uważają, że w sferze publicznej można wyzywać od „ch***”, najpewniej nie mają nic przeciw określaniu innych mianem „kurew”, „fiutów”, „palantów”, „frajerów” itp itd. I sami nie będą czuli się urażeni, gdy podobną wiązankę usłyszą pod swoim adresem. Aż dziwne w takim razie, ze dziennikarze i reporterzy nie używają podobnych epitetów np. "Dzisiaj moim gościem będzie taki ch***, zwany Iksinskim".
Uważam, że każdy z nas ma prawo do własnego zdania o każdym z osobna i wszystkich razem, ale niekoniecznie trzeba je wyrażać publicznie, używając wulgarnych słów. W dodatku takich, które i tak nic konkretnego nie znaczą.
Skoro Pani dyrektor reprezentuje teatr (w dodatku miejski), to uważam, że swoje ordynarne słowa na temat papieża czy też np. Prezydenta Polski czy Stanów Zjednoczonych lub jakiekolwiek innej osoby publicznej (prywatnej z resztą też) powinna zachować dla siebie. Religia nie ma tu nic do rzeczy. Tłumaczenie się nieznajomością Facebooka jest cokolwiek nie na miejscu.
Z zupełnie innej beczki - nie rozumiem, dlaczego Miasto Poznań dofinansowuje teatr, o którym cała Polska usłyszała tylko dzięki „ch***” Pani dyrektor. Jednocześnie magistrat nie chce wspierać sportu zawodowego, w tym klubów sportowych, chociaż co piąte dziecko w kraju cierpi na otyłość. W budżecie miasta Poznań na Teatr Ósmego Dnia przeznaczonych jest 1 100 000 złotych rocznie. Na pozostałe 3 teatry (Muzyczny, Polski i Animacji) blisko 15 milionów złotych rocznie. Łącznie daje to ponad 16 milionów złotych rocznie z kieszeni podatników. A co ze sportem? Na przykładzie piłkarskiej Warty - na działalność szkółki młodzieżowej (ponad 300 dzieci) otrzymaliśmy 110 tysięcy złotych rocznie, a na pierwszą drużynę - 80 tysięcy złotych rocznie. Łącznie 190 tysięcy złotych na rok.
Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam nic przeciwko wspieraniu teatrów, tylko nie rozumiem skąd taka dysproporcja? Czy podobna istnieje w innych polskich miastach? Czy teatry są nam bardziej potrzebne niż sport zawodowy? Nie chcemy sukcesów w sporcie? Nie wszyscy chodzimy do teatrów, tak jak nie wszyscy chodzimy na widowiska sportowe. Takie kwoty przeznaczone na teatry nie motywują ich do walki o klienta, natomiast praktycznie zerowe wsparcie dla klubów sportowych skazuje je na zagładę. Warta ze wsparciem z miasta na poziomie 4 lub 5 milionów złotych rocznie śmiało mogłaby bić się o Ekstraklasę, a potem w niej spokojnie ( a ile to możliwe w piłce nożnej) egzystować. Poznań miałby dwa kluby w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Chciałabym, aby nasz Prezydent oraz radni, planując wydatki z naszego budżetu pamiętali o zasadzie "w zdrowym ciele, zdrowy duch". Warto karmić i jedno i drugie, dzieląc choć trochę inaczej środki na kulturę wysoką i kulturę fizyczną. Wszak najlepsze ośrodki akademickie świata - jak Oxford czy Cambridge, są kuźnią intelektu w równym stopniu jak ciała, słynąc choćby z tradycji wioślarskich. Może to górnolotne odnosić się do starożytnych wzorców - ale harmonia duszy i ciała to bynajmniej nie frazes. Więc chyląc czoło przed wsparciem przez miasto teatrów (nie wyobrażam sobie Poznania z kulejącymi lub upadającymi teatrami) mogę jedynie apelować o rozkładanie akcentów finansowych tak, by ta "niższa kultura" - czyli fizyczna, też była uwzględniana.
Dla mnie najważniejsze jest zdrowie. Do bycia zdrowym potrzebny jest nam ruch, sport i racjonalne odżywianie. Co nam po wspaniałych repertuarach teatralnych, gdy będziemy grubi i chorzy. Powinniśmy raczej walczyć z fast foodami, słodyczami, nałogowym oglądaniem telewizji i graniem w gry komputerowe u dzieci i młodzieży, właśnie poprzez promowanie sportu, zdrowego stylu życia. Niestety bez wzorców, w postaci sukcesów zawodowych sportowców, ta promocja nie będzie efektywna.
http://www.poradnikzdrowie.pl/ciaza-i-macierzynstwo/zdrowie-dziecka/otylosc-u-dzieci-tragiczne-statystyki-ile-jest-w-polsce-dzieci-z-nadwaga-i-otyloscia_40927.html
http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rosnie-otylosc-u-dzieci-i-mlodziezy-w-polsce#
Zależność jest prosta: im większa otyłość, tym więcej schorzeń z tym związanych, jak chociażby cukrzyca. Bieganie czy granie w piłkę na podwórku - nic nie kosztują. Potrzebne są tylko chęci, przykłady i wzorce. I o te wzorce nasze Państwo, miasta i gminy powinny dbać i je promować.
Oczywiście bez najważniejszego czyli wsparcia i przykładu od rodziców, efekty u młodszego pokolenia też będą mierne, to temat szeroki jak morze. Państwo powinno wręcz zmuszać dzieci do zajęć z WF oraz zwiększać ich ilość w programie zajęć. W kolejce potrzebnych zmian stoi także poprawa żywienia w szkolnych stołówkach i likwidacja słodyczy ze szkolnych sklepików, bo ilość batonów, wafli czy chipsów w szkołach jest groteskowa.
Tym sposobem zaczęłam od ch***, a kończę na batonach :)
Więc Drodzy Państwo! Moja rada: wiosna się zbliża, wolno bo wolno, ale zacznijmy się ruszać, zachęcajmy nasze dzieci do ruchu i sportu, zamiast zajmować się „ch**mi”.
