Kierowca, podobnie jak internauta, to nie jest jakiś odrębny byt. Każdy z nas bywa, a na pewno może być „internautą”, bo komputer jest dobrem demokratycznym i powszechnie dostępnym. Podobnie jest z kierowcą i samochodem. Według Małego Rocznika Statystycznego liczba zarejestrowanych samochodów osobowych w Polsce w roku 2010 wynosiła 17.240.000 sztuk! Na 1000 mieszkańców przypada około 450 pojazdów! Mówiąc prościej, niemal co drugi Polak posiada auto. Nie będąc formalnie kierowcami, wszyscy często korzystamy z tego „dobrodziejstwa”, kiedy wiozą nas przyjaciele lub rodzina. Upraszczając nieco, można więc użyć parafrazy, że wszyscy jesteśmy kierowcami.

REKLAMA
A kim jest kierowca (czyli każdy Polak) dla niemal każdej naszej władzy, tej państwowej i tej lokalnej (warszawskiej szczególnie)? Frajerem! I potentatem, milionerem, dojną krową, którą za ten „luksus” (co drugi Polak!!) należy ukarać.
Wszystko zaczyna się od języka. Władza mówi na przykład, że „kierowcy nie będą mogli korzystać”, albo „dla kierowców zamknięty będzie wjazd”, etc. A przecież powinno się powiedzieć: „Polacy nie będą mogli korzystać” i „dla Polaków zamknięty będzie wjazd”. Byłoby to bardziej wiarygodne i szczere. Ale ponieważ chcemy „słuszny gniew uciśnionego ludu” (którego?) skierować na tych krwiopijców – burżujów „kierowców”, to używamy tego zmanipulowanego określenia jako wytrychu, który ma ukryć naszą indolencję, bezradność i tworzenie absurdów, do jakich należy casus naszego narodowego cacka za 2,5 miliarda, czyli Stadionu Narodowego, gdzie nie tylko nie można będzie rozgrywać zawodów lekkoatletycznych (nie ma miejsca na bieżnię!), ale i zaparkować. Również osobom niepełnosprawnym.
Władze Narodowego Centrum Sportu odpowiadają z dumą, że na przewidzianym dla 2 tys. aut parkingu pod płytą stadionu zaplanowano 35 - tak: trzydzieści pięć - miejsc dla pojazdów osób niepełnosprawnych. Czyli uznano, że wśród 60 tys. widzów znajdzie się najwyżej 35 takich osób. Ta kalkulacja mnie po prostu „poraziła”. A na jakiej podstawie 35, a nie na przykład 37? Albo 15? To już i tak bez różnicy. Kto więc ma zająć pozostałych 1965 miejsc? Panowie z PZPN, UEFA, ratusza, ministerstwa, dużego i małego pałacu oraz ci, którym ten „zaszczyt” zostanie przydzielony w ramach koncesjonowanego swojactwa? Na Narodowym Stadionie? Z naszych wspólnych pieniędzy? Czy to naród ma z tego dobrodziejstwa korzystać, pytam się, czy jakaś anonimowa mafia?
Władze stolicy bez najmniejszego mrugnięcia zgodziły się, aby prywatna firma, budująca nam za bodajże 4 miliardy złotych drugą linię metra, sparaliżowała nam miasto na parę lat, i by prócz zamknięcia Świętokrzyskiej i Prostej zamknęła nam za chwilę na pół roku najważniejsze skrzyżowanie w mieście, czyli Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, przez co odetnie już nie tylko, jak obecnie, najwygodniejszy przejazd między Wolą i Powiślem, ale między Mokotowem i Śródmieściem, a Żoliborzem. Trasa Łazienkowska i Wisłostrada są w fatalnym stanie i już absolutnie pękają w szwach.
„Słynny” projekt Zintegrowanego Systemu Zarządzania Ruchem w Warszawie był wprawdzie bardzo drogi, ale w rzeczywistości sprowadza się on do siedzenia pana w centrali, skąd na podstawie danych o bieżącym natężeniu ruchu, wyświetla nam na kilku absurdalnie wielkich tablicach zawieszonych jedynie nad Wisłostradą informację, że „Utrudnienia w tunelu”, lub (i tu bez konieczności korzystania z tych danych!) „Zamknięty Most Śląsko-Dąbrowski”. W ramach tej kosztownej i całkowicie chybionej inwestycji nie stać już było miasta na zbudowanie prościutkiego systemu zielonej fali, czyli możliwości przejechania dłuższego odcinka trasy bez zatrzymywania się przy niemal każdym skrzyżowaniu. Ten absurd budzi we mnie agresję.
No właśnie - Most Śląsko-Dąbrowski... Miasto, żeby nie komplikować pracy z łaski chyba budującej nam metro prywatnej firmie, zamknęło ten most dla „kierowców” i nakazało nam iście leninowskim dekretem, żebyśmy się przesiedli do autobusów i tramwajów. I tu się pytam, dlaczego? Jakie argumenty za tym stoją? Dlaczego odbiera mi się prawo do wolności? Wolności przemieszczania się! Dlaczego mam korzystać z niewydolnej, zatłoczonej i brudnej komunikacji miejskiej, skoro mam samochód, za który płacę mnóstwo jawnych i ukrytych w cenie paliwa podatków? Za parkowanie którym zdziera się ze mnie haracze tak drogie jak w o wiele bogatszych krajach, w których ludzie zarabiają pięć razy więcej niż u nas? Nie jesteśmy na przykład Paryżem, gdzie przesiadka z samochodu do metra jest prawdziwą alternatywą i „kierowca” może tylko na niej skorzystać, bo korki są straszne, a metro dojeżdża praktycznie wszędzie.
Dlaczego budująca nasze metro firma tak sterroryzowała władze i mieszkańców stolicy? Dlaczego za chwilę na kilka tygodni zamknie nam już nie tylko skrzyżowanie Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, ale nawet znajdujący się pod nim tunel obecnej linii metra? Czyli już nie tylko samochodem, ale także metrem nie będzie można przejechać z kilku południowych dzielnic na północ miasta.? Chodzi o to, żeby nas zmusić do wysiłku fizycznego i chodzenia na spacery? Nie, bo ruch dla pieszych też będzie tam zamknięty! Czy kontraktu z tym konsorcjum nie można było wynegocjować w taki sposób, żebyśmy nie czuli się więźniami w naszym mieście? Czy konsorcjum robi nam za te 4 miliardy tak wielką łaskę, że musimy całkowicie się jej podporządkować?
Ja rozumiem, że musimy się czasem poświecić dla wspólnego dobra, dla przyszłości, że musimy pocierpieć, żeby nam i przyszłym pokoleniom było lepiej. Ale tu już przekroczone zostały wszelkie granice! Dlaczego my ciągle musimy cierpieć i poświęcać się dla przyszłości? Kiedy wreszcie ta przyszłość nastąpi? Czemu ciągle zamienia się nam życie w piekło, powołując się na interes przyszłości? A my? A nasze obecne życie, to co? Gdybyśmy chociaż widzieli dzisiejsze rezultaty dawniejszych poświęceń. Ale gdzie one są? Hurra-optymiści powiedzą, „Chwała Bogu, że nam Hanka buduje miasto, że coś jednak robi, że się dzieje”. Zgadza się! Ale czy musimy, zaślepieni tym entuzjazmem, pozwalać zarabiającym na tym czystą gotówkę firmom na urządzanie nam życia według ich wygody, ich widzimisię? Na zarządzanie naszym czasem? Na kradzież naszego czasu, którego mamy coraz mniej?
Nie musimy! Jeżeli jednak tak jest, to dlatego, że władza może robić co chce, bo wciąż nie widać dla niej żadnej alternatywy. A nie ma jej, bo nam się nie chce brać spraw w swoje ręce. Bo milczymy nawet teraz, kiedy jakaś korporacja, za zgodą Pani Prezydent, odbiera nam największą ludzką zdobycz - wolność. Nikt nie protestuje, nikt nie alarmuje. Czy nikt z nas nie wierzy już, że może być inaczej? Mniej bizantyjsko?