
Mazgaj z Korkiem wzięli się w NaTemat za bary. Każdy – w imieniu własnej sieci i każdy wzorem premiera Piechocińskiego gotów jest klękać przed publicznością i udowadniać, że wino Barolo za 3 dychy jest lepsze/gorsze niż Barolo za darmo. Ja mam rozwiązanie kompromisowe: najlepsze jest Brunello. Lub wina z Apulii, jeśli już trzymamy się włoskich korzeni.
REKLAMA
Nie wyobrażam sobie, żebym jako smakosz wina pokonywał kilometry, by dotrzeć na przedmieścia Warszawy i kupić u prezesa Tesco, Piotra Korka, butelkę Bardolino za 30 złotych. Nie wybiorę się po tę samą butelkę także do delikatesów Alma Jerzego Mazgaja, bo mi szkoda czasu na szukanie 2 złotych do wózka i kolejkę do kasy. Wolę kupić butelkę wina u dobrego, sprawdzonego dostawcy, pogadać z nim, poszperać, posłuchać co proponuje – jest ich tak wielu, że polecanie któregokolwiek mija się z celem. Smakosz i tak znajdzie drogę do właściwego salonu.
Problem tkwi nie w cenie butelki wina, lecz w sposobach ułożenia relacji sieci handlowych z nami, konsumentami. Zaskocz mnie! Znajdź drogę do mojego serca i portfela. Pokaż wartość dodaną. Daj coś wyjątkowego. Zainwestuj we mnie! Uśmiechnij się do mnie. Porozmawiaj. Daj mi odpocząć w czasie zakupów. Pozwól mi się nimi nacieszyć. Pokaż mi różnicę. Utrzymaj kontakt ze mną. Bądź wspaniałomyślny dla moich pomyłek. Nie każ mi czekać. Znajdź mnie!
Tego oczekuje konsument. Od każdego handlowca.
Oczywiście, że wolę taniej niż drożej! Ale jeśli mam kupować w smrodzie pochodzącym od chłodziarek, w których czeka na mnie mięso lub ryby ściągnięte z Ameryki Południowej dwa tygodnie temu i przetrzymane przez sprytną załogę hipermarketu przez długi weekend, co czuć, to wolę jednak bez smrodu i z optyczną – choćby – gwarancją, że to co postrzegam jako świeże, jest świeże.
Tesco od Almy dzieli skala działalności i tzw. docelowa grupa konsumentów. Mam wrażenie, że to się nigdy wzajemnie nie przeniknie, to znaczy – klient zainteresowany dobrymi markami wina nie wybierze się w ich poszukiwaniu do Tesco, tak samo, jak marzący o najniższej cenie konsument nie wpadnie po wór zakupów do Almy. To są dwa oddzielne rynki i spór między nimi jest pozorny, a na użytek Natemat.pl można powiedzieć – jest to spór personalny, wojna osobowości.
Prezes Korek ma rację: niech żyją niskie ceny!
Prezes Mazgaj ma rację: niech żyje klimat obsługi!
Każdy penetruje inne przestrzenie kontaktów z klientami.
W Tesco znajdę sieczkę, której nie ma w Almie. Alma nie ma pewnie nawet ćwierci tego, co oferuje Tesco. Tesco nie ma serów wyłożonych tak elegancko i tak zmysłowo, jak w Almie. Nie ma krojonego na pajdy chleba, który kupiłem w Almie. Ale Alma nie ma tak tanich produktów z kręgu zdrowej żywności, którymi zachęcić może Tesco. Tesco z kolei ładuje w regały wszystko, co można kupić na kuli ziemskiej – w czasie niedzielnych zakupów nie jest mi potrzebna oferta tanich rowerów lub telewizorów, to wolałbym kupować w specjalistycznych sklepach.
Wychodzi na remis. W końcu obie sieci zajmują się dokładnie tym samym: produkują zysk dla akcjonariuszy… I nic więcej. Z grubsza biorąc, na tym polega biznes.
A wracając do wina za trzy dychy, które tak poróżniło obu panów… Postawcie nam, klientom, na swoich półkach pełen przekrój europejskich win w cenie od 10 do 1000 złotych za butelkę, z podziałem na kraje, regiony i producentów. Dajcie nam prawo wyboru, dajcie nam to samo i tak samo, jak ma klient w Berlinie, Londynie i Mediolanie. I wtedy będzie gites, jak śpiewał Nohavica. Jak mi się trafi okazjonalne Barolo od Korka za 30 zł, to biorę bez pytania o marżę. Kiedy Mazgaj ściągnie tańsze Bardolino, w co wątpię, to ozłocę – kupując karton.
W każdym wypadku – wypiję za zdrowie obu panów, łaskawców naszych. Dzięki wam nie musimy jeździć co tydzień do Toskanii. A cała reszta, ten wasz spór…
Ładne to, przyjemne i… na nic. Nie generuje przychodu, nie zwiększa zainteresowania markami, nie buduje wartości. Wzmacnia ego. Każdego. I tyle tego.
