Ten sam rząd, dwóch ministrów: transportu i dyplomacji. Pierwszy zapowiada rezygnację z budowy kolei dużych prędkości, bo nas nie stać. Drugi zapowiada modernizację sił zbrojnych, bo nas stać. Pierwszy mówi, że nie mamy 20 miliardów złotych. Drugi spokojnie powiada, że możemy wydać 140. Pytam z obywatelską troską: na co nas właściwie stać?

REKLAMA
Polityka jest sztuką kompromisów, ustalania hierarchii realnych celów i osiągania ich. Linia kolei dużych prędkości – słynny projekt Y łączący Warszawę, Łódź, Wrocław i Poznań, a w dalszej kolejności pozwalający na przyłączenie także Białegostoku, Lublina i Szczecina – miała kosztować około 22 miliardy złotych. Siedem razy mniej niż modernizacja stojącej w koszarach armii.
Najpierw Ygrekiem pochwalił się premier w swoim expose, co mogło znaczyć i znaczyło: mamy ważny cel modernizacyjny przybliżający Polskę do Europy. Potem rząd w swoich strategiach i uchwałach przyjął tę koncepcję, a następnie polecił ministrowi Grabarczykowi jej realizację. Można się zżymać z powodu faktu, że nie powołano do tego celu spółki celowej, dając projekt kolejarzom z Polskich Linii Kolejowych, można narzekać, że nie szukano zbyt intensywnie zewnętrznych źródeł finansowania, ale OK, prace przygotowawcze ruszyły.
I trwały aż do grudnia 2011 roku… Jednym kiwnięciem ministerialnego palca, bez dokonania analiz i bez rządowych uchwał wstrzymał je Sławomir Nowak. Państwa polskiego nie stać na takie wielkie inwestycje – usłyszeliśmy. Kiedy projekt ruszy ponownie? Nikt tego nie wie.
Wysłuchałem właśnie wystąpienia ministra spraw zagranicznych, który zapowiedział modernizację sił zbrojnych. Kupimy łodzie podwodne, śmigłowce, wozy bojowe, samoloty bezzałogowe, system obrony powietrznej, a wszystko to będzie latało, pływało i jeździło w perspektywie kilku najbliższych lat. Koszt? 140 miliardów złotych.
„Modernizacja armii to priorytet” – padło zdanie. A modernizacja państwa, jego infrastruktury technicznej? Czym jest?
Nie usłyszałem listy zagrożeń, które sprawiają, że musimy się zbroić tak systematycznie i tak drogo. Przeciwnie – usłyszałem listę pochwał pod adresem naszej polityki współpracy niemal z każdym państwem na świecie. Wiem też, że budżet MON jest gwarantowany ustawą, ale sam sobie na wiatr rzucam pytanie – stać nas na taki wydatek?
Mamy potrzebę i priorytet posiadania samolotów bezzałogowych i łodzi podwodnych. Kupujemy gadżety bojowe do walki z wyimaginowanym wrogiem, a przez dwie dekady nie możemy zaplanować i zbudować choćby jednej nowoczesnej linii kolejowej... Zgłaszamy chęć budowania tarczy rakietowej zamiast konieczności ucywilizowania kolei, by tak jak w całej Europie dojechać pociągiem do odległych miast w dwie godziny, a nie w dziesięć. Gdybyż jeszcze szybkimi łodziami podwodnymi dało się w czasach pokoju obsłużyć choćby relację Gdańsk-Szczecin... Byłaby to jakaś ulga dla pasażerów.
Gdy polski minister transportu mówi, że nas nie stać, a szef kolei ogłasza rewolucyjną tezę, że budowanie nowych linii jest całkowicie nieopłacalne, rząd Wielkiej Brytanii - zapewne bezmyślnie - daje zielone światło budowie szybkiej kolei z Londynu na północ wyspy. Pociągi pojadą z prędkością 400 km/h, najszybciej w Europie. Inwestycja stworzy 9000 miejsc pracy, a każdy funt zainwestowany w "High Sped-2" przyniesie 2 tysiące funtów korzyści ekonomicznych...Pierwszą fazę projektu chcą zrealizować do 2026 roku.
Czy w Polsce istnieją projekty infrastrukturalne planowane w takim horyzoncie i tak konsekwentnie wdrażane? Czy jest choćby jeden projekt kolejowy, który ma rzeczywiste, cywilizacyjne znaczenie? Dlaczego nie potrafimy z równym rozmachem jak zakupy sprzętu bojowego planować inwestycji, których publiczna wartość dorównuje wymogom obronności?
Na co nas właściwie stać?