Kolej mamy radosną: żyje ostatnio od eventu do eventu, choć wcześniej żyła od wyborów do wyborów. Tymczasem tuż pod naszym nosem, na Śląsku, najpierw zawalił się koncept samorządowego władztwa nad przewozami regionalnymi, a wkrótce, od 1 czerwca, zawali się i tak już rachityczny system komunikacji kolejowej, wchodząc w stan patologicznej dezintegracji.

REKLAMA
Eksperci z Centrum Zrównoważonego Transportu, Stanisław Biega i Krzysztof Rytel, nazywają to w swoim rzeczowym, ale i mocno szokującym opracowaniu „wygaszaniem popytu”, ale ten eufemizm jest niepotrzebny. To żywy skandal.
Od 1 czerwca na Górnym Śląsku, pod szyldem oszczędności wymuszonych dziadowskim falstartem Kolei Śląskich, oferta przewozów kolejowych zmniejszy się o 31 procent. Już i tak była gorsza niż wcześniej, gdy lokalne połączenia obsługiwała spółka Przewozy Regionalne. Na liniach o największych (sic!) przewozach połączeń ubędzie o 40 procent. Rzecz jasna – w górę pójdą ceny biletów.
Nie to mnie jednak wprawia w osłupienie. Nie bezradność zarządzających kolejami, którzy nie potrafią skonstruować ani kształtu własnej spółki, ani dać jej rozkład jazdy odpowiedni do wielkości posiadanego taboru i skali popytu. Ani nawet nie ten brak zrozumienia dla elementarza przewozów kolejowych; z niego zawsze wynika ta sama prawda: rzeź pociągów trwa jeden dzień, odzyskiwanie rynku – kilka lat.
Powtórzę: nie to jest ważne, do tegośmy się już przyzwyczaili.
Biega i Rytel ujawniają w swoim raporcie patologię, która – jeśli polega na faktach, a tu nie spodziewam się błędu – pcha śląską kolej regionalną w stronę patologicznego marnotrawstwa środków publicznych. Zostawmy na boku brak właściwej kontroli biletowej: na niektórych trasach, wobec wybranych grup podróżnych - swojaków, śwagrów - takich kontroli się nie stosuje… Zostawmy też wątek zakupu mundurów: zarząd zafundował sobie nówki-sztuki, choć konduktorzy chodzą w starociach z poprzedniej epoki; wiadomo – zarząd wyglądać musi.
To są drobiazgi. Oto prawdziwa nowina! Biega z Rytlem ujawniają narodziny Polskich Kolei Prywatnych pod flagą Górnego Śląska.
Można skasować pociągi z wysoką frekwencją, ale połączenia z Katowic do Bielska Białej (wyjazd o godz.16:01) kasować nie wolno, choć korzysta zeń mało pasażerów. Powód? Tym pociągiem, według autorów raportu, wraca do domu grupa pracowników administracyjnych Kolei Śląskich. No i ten jeden najważniejszy pracownik: dyrektor dyspozytury KŚ.
Jest jedna linia pod specjalnym nadzorem: Katowice-Oświęcim-Czechowice-Dziedzice. Żadnych cięć, choć pociągi wożą tam kilkanaście razy mniej pasażerów niż w innych relacjach na terenie województwa. Co chroni te linię? Korzysta z niej pracownik odpowiedzialny za obiegi taboru w KŚ, naczelnik ze spółki Polskie Linie Kolejowe odpowiadający za rozkłady jazdy, czyli ważny, i kilkoro innych pracowników kolei.
A czym niby mieliby wrócić do domu? Ha! Nie po to stworzyli własną kolej, żeby wozić się autobusami! Etos kolejarza nie pozwala.
Likwiduje się połączenia z Wisły i do Wisły? No, tak, ale... nie wszystkie: Pociąg na 7:16 z Wisły zostaje, gdyż dojeżdża nim do pracy kilkanaście osób z Kolei Śląskich.
Zacytujmy jeszcze autorów opracowania: Podobny casus mamy na linii tyskiej, gdzie pozostawione są pociągi, którymi dojeżdżają do pracy pracownicy KŚ, m.in. z biura handlowego oraz konstruktorzy rozkładów jazdy z PKP PLK, pracujący w Sosnowcu. Tak się składa, że akurat te pociągi w przekrojach godzinowych mają zawsze niższą frekwencję niż pociągi, które są kasowane. Tak jest w odjazdach na godzinę 6 , 7 , 8 i 9 i z powrotami po 14, 15, 16. Do skasowania to wybiera się te pociągi, z których nie korzystają kolejarze. (…)
Na linii zwardońskiej kasuje się pociągi wożące po kilkaset osób. Problem z nimi polega na tym, że nie korzystają z nich ani pracownicy biurowi Kolei Śląskich, ani PKP PLK, gdyż kursują poza zmianami 12-godzinnymi kolejarzy. (…) Skasowane zostają pociągi wożące w sumie blisko 1000 osób z Katowic o 8:31, 9:31, 10:34, a z Bielska- Białej po 11, 13, 14. Zostawia się za to wszystkie kursy, którymi podróżują kolejarze na zmiany 7-19, 8-20, 6-18.
Tak, ta kolej jest dla kolejarzy. Śląskie PeKaPe. Trudzili się, by ją sobie założyć, poukładać, podzielić. Nie po to dostają pensje, ulgi przejazdowe i mundury (zarząd), żeby musieli jak inni Ślązacy jeździć, za przeproszeniem, autobusami, czy, nie daj Bóg, własnym samochodem lub rowerem.
Zarząd mógłby wprawdzie ustawić inaczej godziny pracy administracji i personelu pokładowego, można by dowozić kluczowych pracowników mikrobusem - drogi mamy szczęśliwie bezpłatne - można by nawet kupić im bilety miesięczne na komunikację publiczną, byłoby taniej, ale po co? Przecież oni mają pociąg. Własny pociąg.
Przejaskrawiam? Nie. Pokazuję, gdzie w spółkach takich, jak Koleje Śląskie, można znaleźć oszczędności. Pokazuję też, gdzie warto szukać zajęcia dla służb kontrolnych, których zadaniem jest tropić patologie. Pokazuję – rękami Biegi i Rytla – miejsca, w których swoją aktywność może wykazać Urząd Transportu Kolejowego, tak ospały przed grudniowym wdrożeniem KŚ.
I wreszcie: politykom służę bezpłatną poradą – tam szukajcie dla siebie szans, gdzie podobnym patologiom można i trzeba zawczasu przeciwdziałać. Tam jesteście potrzebni bardziej niż na centralnych uroczystościach ku czci nowych kolorów polskiego pendolino.