Nie musząc niejako „z urzędu” pełnić roli opozycjonisty, ucieszyłem się, że premier Donald Tusk został wybrany na przewodniczącego Rady Europejskiej. Mogę też napisać coś, na czym poległby niejeden polski polityk: „mam nadzieję, że Tusk zapomni trochę o Polsce”...

REKLAMA
Europa się jednoczy i jest to trudny proces. Główną przeszkodą są nacjonalizmy poszczególnych państw UE. Te nacjonalizmy nie powinny nas dziwić, w końcu większa część historii Europy to pernamentna wojna wszystkich ze wszystkimi. Gdyby jakiś zupełnie oderwany od naszych klisz historycznych kosmita chciał ocenić historię Ziemian, musiałby przyznać, że cywilizacja Europejska była jedną wielką jatką, pełną okrucieństwa... Nie ma chyba drugiego obszaru na Ziemi, który przyjął na przestrzeni wieków aż tyle ludzkiej krwi.
Jednocześnie to z Europy wywodzi się oświecenie i rewolucja przemysłowa, czyli fundamenty nowoczesności. Dzięki tym fundamentom zyskaliśmy nie tylko wygodniejsze i dłuższe, pełne nowych możliwości życie, ale też większe prawa dla wszystkich, więcej równości, więcej humanizmu w codziennym życiu. Można stwierdzić przekornie, iż na tle własnej historii Europa to zarazem najlepsze i najgorsze miejsce na planecie Ziemia.
Proces zjednoczeniowy to chęć afirmacji tej lepszej strony europejskości. To chęć zabezpieczenia europejskiej innowacyjności i pomysłowości, która służy nie tylko Europejczykom, ale wszystkim ludziom na Ziemi. Zauważmy na przykład, że USA w ostatnich latach dowiodły, iż nie do końca chcą być liderem w dziedzinie nauki, czyli badania i faktycznego zdobywania rzeczywistości. Obecnie USA nie posiadają sprzętu mogącego wynieść większe obiekty w kosmos, dawno też zrezygnowały z projektu akceleratora w MIT, który miał być większy od europejskiego CERN. Najbardziej istotny projekt badawczy USA, James Webb Telescope zostanie wyniesiony w kosmos najpewniej na rakiecie Europejskiej Agencji Kosmicznej, bo USA oszczędzają na tym, co najważniejsze... Na naszej przyszłości.
Państwa azjatyckie też nie są gwarantem kontynuowania postępu. Japonia dopiero podnosi się po czkawce, która trawiła jej gospodarkę przez długie lata. Chiny traktuje się jak giganta, ale wszystko wskazuje na to, że Chiny potrzebują impulsów technologicznych z Zachodu. Gigantem są póki co potencjalnym...
Kwestia silnej i zjednoczonej Europy jest zatem ważna nie tylko dla nas, Europejczyków. Niestety, spora część naszej opinni publicznej pogrąża się w małostkowości. Wzrost ceny herbatnika o 2 grosze wydaje się być dla niejednego wyborcy większym problemem, niż szerzej pojęta przyszłość naszych dzieci i wnuków. Powstają partie ignorantów, chcące nas cofnąć do krwawej i destrukcyjnej epoki nacjonalizmów. Ich strawą jest populistyczne żerowanie na jakichkolwiek drobnych niedogodnościach związanych z procesem zjednoczeniowym Europy. Są to ludzie skłonni sprzedać naszą przyszłość za garść szklanych paciorków „narodowej dumy”.
Rozbita Europa nie ma żadnych szans w przyszłości. Albo staniemy się wielkim skansenem turystycznym, nic poza tym nie znaczącym dla większości świata, albo też drobne kraiki, takie jak Polska, Francja, Portugalia etc., będą pionkami na szachownicy rozgrywek rzeczywiście silnych państw, do których obok USA dołączą też Chiny, Indie, zapewne też jakieś inne federacje latynoskie i azjatyckie.
Polacy w próbach rozmienienia naszej wspólnej przyszłości na drobne wcale nie są mistrzami. Zgubne partykularyzmy są silniej obecne w wielu innych państwach Europy.
Moim zdaniem przed Donaldem Tuskiem stoi zatem szansa odegrania historycznie doniosłej roli. Nie jest prawdą, że funkcja przewodniczącego Rady Europejskiej nie daje realnej władzy. Przewodniczący może narzucać innym tematy, ma też ogromny wpływ na kontakty Europy z innymi mocarstwami.
Jedną z najważniejszych rzeczy, które mogą pchnąć przyszłość Europy we właściwym kierunku, jest porzucenie perspektywy narodowej i krajowej na rzecz europejskiej przez wysokich urzędników europejskich. Taki gest wymaga ogromnej odwagi, bo w swoich krajach europejscy politycy są rozliczani w dość prosty, nacjonalistyczny sposób.
Mam nadzieję, że Donald Tusk zdobędzie się na taką odwagę. Obok rozsądku i dalekowzroczności w takim odważnym zerwaniu z nacjonalistycznymi uwarunkowaniami może pomóc też ambicja, która nie zawsze jest wadą. O ile większą kartę w historii pisze ten, który pcha całą Unię do przodu, niż ten, który jak prosty chłopek roztropek zawleka łupy do swojego domu z przestrzeni docelowo wspólnej...
A jeśli chodzi o opozycyjność, to oczywiście demokracja bez silnej i dynamicznej opozycji nie jest wiele warta. Tym niemniej są perspektywy, gdzie argumenty słuszne w innych okolicznościach stają się tylko destrukcyjną małostkowością. Fakt jest taki, że znany nam od lat, nie taki zły polityk (a może całkiem niezły nawet), stanął na czele Rady Europejskiej. Zdając sobie sprawę z innej skali, Donald Tusk najwidoczniej odcina się od dotychczasowych uwarunkowań lokalnych. Nie tylko porzuca funkcję premiera, ale mówi też o porzuceniu funkcji przewodniczącego PO. Dotychczasowa opozycja też powinna się zastanowić, jak wesprzeć nowego przewodniczącego Rady Europejskiej, nie zaś wymyślać „tematy” typu: „Tomasz Lis zaprosił klakierów do programu z Donaldem Tuskiem.” Z wybrania Tuska na przewodnicząego Rady Europejskiej nie powinni być zadowoleni głównie eurosceptycy.
I właśnie na koniec, od eurosceptyków, którzy w Polsce zdarzają się i z prawej i z lewej strony, chciałbym usłyszeć choć raz merytoryczny argument uzasadniający ich postawę (o ile tylko taki istnieje). Nie z kolekcji tych, że groch podrożeje o 2 grosze, albo „nie da się, bo nie, bo świat się nie zmienia”, albo że „jest za dużo urzędników UE” (wcale nie jest to prawda, ale nawet jeśli, to przecież „za dużo” nie powinno oznaczać „wcale”). Eurosceptycy, jak widzicie przyszłość naszych dzieci i naszych wnuków w rozbitej Europie? Czemu chcecie uczynić Warszawę, Paryż, Berlin głęboką prowincją zdaną na łaskę i niełaskę światowych mocarstw?