
Do tej z pewnością szokującej dla niektórych czytelników tezy przekonuje mnie rozwijająca się dziedzina nauki, zwana estetyką ewolucyjną. Mylicie się, jeśli sądzicie, że piękno odkryto stosunkowo niedawno i zrobili to artyści...
REKLAMA
Piękna najpewniej nikt nie odkrył. Przez setki milionów lat ewoluowało ono, podobnie jak kształt naszych kończyn, czy kolor kaczeńców. Estetyka ewolucyjna jest gałęzią psychologii ewolucyjnej, mówiącej o tym, że człowiek nie rodzi się białą kartką, ale wiele jego zdolności i skłonności psychicznych jest dziedziczonych po przodkach i podlega ewolucyjnym zmianom w czasie.
Nie mam tu na myśli oczywiście prostego przełożenia typu „syn szewca rodzi się z umiejętnością naprawy butów”. Spójrzmy choćby na język, którym się posługujemy. Wielu badaczy sądzi, że podstawy skłonności do uczenia się języka w wieku dziecięcym są dziedziczne. Na to nakłada się językowe „tu i teraz”, czyli język, który absorbuje dziecko z otoczenia, najczęściej od rodziców. W tym, że mówimy po francusku, lub po polsku od dziecka tkwi ewolucyjna podstawa, sama umiejętność mowy, związana z predyspozycjami mentalnymi, ale też czysto fizycznymi (trzeba posiadać aparat mowy). To, że mówimy po polsku, lub francusku zależy też oczywiście od kultury, która nałożyła się na nasze naturalne zdolności.
Sądzę, że nie było nigdy narady nie umiejących mówić praludzi, którzy w toku obrad ustalili, że od teraz będą mówić. Nasze zdolności komunikacyjne, niezależnie od wynalazków poszczególnych ludzkich i praludzkich jednostek, ewoluowały aż do złożonej i wyrafinowanej umiejętności mowy, którą posiadamy teraz.
Ewolucja piękna to znacznie bardziej fundamentalna sprawa. W toku ewolucji, obok doboru naturalnego, polegającego na tym, że przetrwa najsilniejszy, mamy też dobór płciowy. Bardzo często dobór płciowy kładzie wyższy nacisk selekcyjny, niż umiejętność ucieczki przed drapieżnikiem, czy odporność na mróz. Dowodem potwierdzającym tę tezę, są organizmy, które wyglądają wręcz ekscentrycznie, takie choćby jak paw, czy rajski ptak. Ich jaskrawe ubarwienie, gigantyczne „pióra dodatki” osłabiają wielokrotnie możliwość ratowania życia w razie zagrożenia.
Dobór płciowy potwierdza tezę wyrażoną znakomicie przez Richarda Dawkinsa w „Samolubnym genie”. Głównym motorem i podmiotem ewolucji są poszczególne geny, a nie organizmy, czy grupy organizmów. Gen działa czysto mechanicznie, zaś jedynym jego „przesłaniem” jest powielenie się, trwanie dalej. Nie ma w tym żadnej myśli, intencji, woli. Jest to zjawisko chemiczno – fizyczne, jak zamarzanie wody, czy spadanie skały.
Żywe organizmy nazwał Dawkins „wehikułami przetrwania dla genów”. Mocne znaczenie doboru płciowego potwierdza tę tezę. Z perspektywy ewolucji przetrwanie danego organizmu nie ma większego znaczenia, natomiast istotne jest, aby się rozmnożył, aby przekazał geny dalej. Stąd ekscentryczny ogon pawia, czy słowikowe marnotrawstwo polegające na długich wokalnych symfoniach.
Można zatem stwierdzić, że piękno zaczęło ewoluować na przekór chęciom indywidualnych organizmów do jednostkowego przetrwania. Oczywiście ciężko powiedzieć, kiedy pojawiły się pierwsze organizmy mogące czegoś świadomie chcieć. Świadomość też jest cechą, która ewoluowała. Można założyć z pewną dozą pewności, że kot, pies, czy delfin posiadają własne chęci i być może, podobnie jak ludzie, dziwią się temu, co się z nimi dzieje, gdy się zakochają, albo odczują pożądanie. Mózgi ssaków nie są bardzo dalekie od ludzkich i dziwne by było, gdyby większość ssaków pozbawiona była świadomości istnienia. Inaczej jest zapewne z owadami, całkiem możliwe, że mucha nie wie nic o swoim istnieniu, będąc w każdym sensie genetyczną maszyną, wehikułem przetrwania dla genów muchy.
Człowiek jest w innej sytuacji. Wiemy, że istniejemy i ciężko nam przyjąć, że różne nasze cechy i skłonności psychiczne mogłyby być dziedziczone, a nie wyuczone. Nasze „ja” jest silne, lubimy sądzić, że na wszystko mamy wpływ i do wszystkiego dochodzimy sami.
Tym niemniej wiele wskazuje na to, że nasze poczucie piękna, jak i nasza zdolność mowy to nie jest żaden wynalazek sprzed wieków, lub tysiącleci. Prof. Adam Chmielewski, filozof i jeden z głównych polskich specjalistów w dziedzinie estetyki ewolucyjnej, zauważa choćby popularność krajobrazów o określonych cechach we wszystkich ludzkich kulturach. Te krajobrazy muszą być rozległe, otwierać się na przestrzeń, a także zawierać w sobie gaje z drzewami o bardzo dobrze rozwiniętych koronach. Takie zdjęcie, taka ilustracja, wywoła miłe skojarzenia u każdego niemal człowieka, niezależnie od kultury. Dr Maciej Szarejko, z którym przez parę lat współpracowałem (na zasadzie dr Watson (ja) i Sherlock Holmes (Maciej)) przy tworzeniu koncepcji estetyki ewolucyjnej w architekturze (gdzie przestrzeń ma oczywiście nadrzędne znaczenie), interpretował ewolucyjne konotacje takiego pejzażu w bardzo ciekawy sposób.
Nasi przodkowie przez większość ewolucyjnego czasu żyli na sawannach. Pierwsze cywilizacje, osiedla etc., rolnictwo, to jedna dziesiąta, lub i jedna dwudziesta czasu istnienia gatunku Homo sapiens na Ziemi. Nasz gatunek istnieje od około 100 000 lat. Historia najstarszych cywilizacji sięga raptem 6000 – 8000 tysięcy lat wstecz. Zalążki budowy domów, rolnictwa, konstruowania bardziej wyrafinowanych narzędzi to góra kilkanaście tysięcy lat wstecz. Przez większość naszego ewolucyjnego czasu nie mieliśmy niemal żadnej kultury materialnej i żyliśmy na sawannach.
Obraz sawanny z dorodną trawą i dorodnymi drzewami był obrazem zapewniającym nam pożywienie (dorodność roślin) i bezpieczeństwo (rozległy widok, budowa drzew, z których trudniej jest zeskoczyć drapieżnikom). W rozważaniach dr Macieja Szarejki pojawiają się też próby przełożenia tych pierwotnych, wgranych w naszą wyobraźnię, „rajskich” przestrzeni na architekturę i urbanistykę. Szarejko sądzi, że w przestrzeniach, które instynktownie odbieramy jako zachęcające i przyjazne, lepiej nam się będzie mieszkać i pracować.
Przykładem może być tu choćby lęk przed wężami. Jest to bez wątpienia cecha dziedziczna, którą mamy jeszcze po małpich praprzodkach. Geny odpowiedzialne za ten instynktowny lęk są w nas nadal aktywne, choć w środowiskach, w jakich rozwijał się przez 100000 lat gatunek Homo sapiens węże nie stanowiły raczej głównego zagrożenia. Lęk przed wężami to genetyczna cecha atawistyczna, podobnie jak kość ogonowa w budowie naszego ciała. Za jedno i za drugie odpowiadają działające zupełnie mechanicznie geny i z ich „perspektywy” nie ma znaczenia, czy efektem ich aktywności jest wytworzenie się kości ogonowej, nerki, lęku przed wężami, czy skłonności do większego ryzyka. Dr Maciej Szarejko uważa, że dla przestrzeni, w których mamy się czuć naprawdę dobrze, a nie niepewnie i nerwowo, dobre jest ograniczanie elementów działających źle na nasze uwarunkowania ewolucyjne, w tym wypadku poręczy mogących odruchowo przypominać węże.
Biologiczne badanie odczuwania piękna może się kiedyś okazać potrzebne w humanistyce, podobnie jak w filozofii umysłu okazuje się obecnie niezbędna znajomość neurologii. Istnieje całkiem poważna hipoteza dotycząca rozwoju ludzkiej świadomości, która, jak doskonale wiemy, pozwala na więcej, niż u innych świadomych zwierząt. Nasi najbliżsi kuzyni, szympansy, mają zalążki kultury, ale jednak nie budują miast i nie drukują książek... Hipoteza ta głosi, iż wbrew dawniejszym poglądom, nie stawaliśmy się bardziej świadomi w związku z rozwojem zdolności manualnych i pierwszych narzędzi, ale raczej z uwagi na relacje w stadach, w których żyli nasi przodkowie. Aby zrozumieć o co chodzi, wystarczy popatrzeć na małpy makaki, o których można powiedzieć, że cały czas knują w grupie przeciwko innym członkom owej grupy, że zawiązują sojusze, aby móc się rozmnożyć z dala od penisa samca alfa (na co w odpowiedzi również samiec alfa ma swoje przemyślane odpowiedzi, strategie). Makaki na wzajemnym iskaniu spędzają ogromną ilość czasu i badacze tych małp sądzą, iż iskanie nie jest czynnością czysto techniczną, ale służy cementowaniu więzi towarzyskich, jest swego rodzaju proto – plotkowaniem.
O tym, że ludzie uwielbiają plotki, świadczą liczne badania. Przy okazji burzą one seksistowskie przekonanie, że to kobiety przodują w plotkowaniu. Mężczyznom, jak się okazuje, plotki zajmują równie wiele czasu. Plotki nadal pomagają ustalać strategie w wirtualnych grupach, w których żyjemy (nadal mamy swoje stada, nasza świadomość ogarnia określoną liczbę znajomych). Całkiem więc możliwe, że z pokolenia na pokolenie, przez dziesiątki tysięcy lat, a nawet przez miliony lat, dobór naturalny faworyzował coraz bardziej świadomych plotkarzy.
Co jednak ma plotka do piękna? Spójrzmy na powieść. Co sprawia, że powieść nas przyciąga, że czytamy nawet wielotomowe dzieła? Moim zdaniem pisanie powieści to artystyczna sztuka plotkowania. Oczywiście, wielkie powieści mają wspaniałe przesłania, ale przecież nikt mi nie wmówi, że tych wspaniałych przesłań nie da się przekazać krócej. Istotą powieści są jej bohaterowie, ich losy i postawy. My obserwujemy to co się z nimi dzieje i wczuwamy się w ich dole i niedole, razem z nimi nie znosząc ich adwersarzy. Dużo w tym plotki, czyż nie?
Plotka ma znaczenie nie tylko dla literatury, również sztuki plastyczne, muzyka i architektura prowadzą swego rodzaju grę z odbiorcą. Widzimy w nich symbole, przestrzenie, tematy muzyczne i rozwój, zmienność, powtarzalność. Bywa, że jesteśmy celowo wprowadzani w błąd przez dzieło sztuki. Ewolucyjne poczucie piękna nie opiera się tylko na aspektach czysto wizualnych. To, w jaki sposób piękno nas zaciekawia, jest elementem gry, albo i plotki.
Estetyka ewolucyjna jest dziedziną, która się dopiero rodzi, dlatego ośmieliłem się napisać o niej słów kilka, mając jednakże na uwadze opinie prof. Jerry'ego Coyne'a, wybitnego ewolucjonisty, ostrzegającego przed tym, że w dziedzinach biologicznych humanistów nieraz może ponieść nadmiar wyobraźni i oderwanie od danych płynących z badań i eksperymentów. Coyne jest znanym krytykiem przesady w dziedzinie psychologii ewolucyjnej, choć w rozmowie z nim upewniłem się, że sprzyja tej dziedzinie wiedzy i krytykuje zbytnią śmiałość niektórych hipotez nie po to, aby psychologię ewolucyjną zepchnąć do lamusa, ale aby pomóc jej w rozwoju.
Nadal jednak podtrzymuję moją tezę, że kiedyś trzeba będzie wprowadzić egzaminy z biologii ewolucyjnej na wydziałach historii sztuki, architektury i polonistyki, tudzież literaturoznawstwa. To, co nam się podoba w powieściach, w symfoniach, w obrazach olejnych i śmiałych konstrukcjach nie jest bowiem tylko dziełem kultury. Jest odpowiedzią na nasze biologiczne uwarunkowania, na nasz instynkt piękna.
O tym instynkcie bardzo ciekawie wypowiedział się ostatnio dla Racjonalista.tv profesor Adam Chmielewski. Zwrócił on uwagę na rzecz zasadniczą, o której łatwo zapomnieć myśląc o spodziewanym „ataku” nauk biologicznych na humanistykę. Poczucie piękna na poziomie podstawowym, czyli ocena czyjejś urody, nadal jest normatywne dla relacji międzyludzkich. Piękno otwiera wiele drzwi, zaś brzydota wiele drzwi zamyka. Nasze oceny estetyczne dotyczące drugiej osoby rodzą się w nas zanim jeszcze pomyślimy. Jest to bardzo silny i potężny instynkt. Wiedzą o tym specjaliści od PR, dzięki czemu współczesna polityka opiera się bardziej na kunszcie budowania wizerunku, niż na treściach merytorycznych... Zresztą, po prostu warto posłuchać samego profesora Chmielewskiego:
