
Niedawno miałem przyjemność obejrzeć dokument „Solidarność według kobiet” autorstwa Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego. Uważam, że to jest ważny film, bo kobiety solidarności rzeczywiście zostały w dużej mierze niesłusznie zapomniane.
REKLAMA
Występujące w filmie bohaterki walki o niepodległość naszego kraju tworzą niezwykłą wręcz mozaikę postaw i światopoglądów. Jedne z nich są zadowolone z transformacji, inne nie. Jedne wspierają prawicę, jak choćby prof. Staniszkis, inne mają światopogląd zupełnie odmienny, jak Barbara Labuda.
W Polsce daje się zaobserwować wśród młodych ludzi ogromny renesans zainteresowania historią najnowszą naszego kraju. Uważam jednakże, że część prawicy i część lewicy używa tej naszej historii bardzo instrumentalnie. Wystarczy wspomnieć postać generała Jaruzelskiego, który przysporzył bohaterkom „Solidarności według kobiet” realnych cierpień, od więzień począwszy, na niszczeniu życia zawodowego i rodzinnego kończąc.
Część współczesnej młodzieży uważa, że obecne rządy są w jakimś sensie kontynuacją rządów Jaruzelskiego, choć przecież rządzą nami w dużej mierze ludzie wywodzący się ze środowisk solidarnościowych. Przy niedawnym jeszcze pogrzebie Jaruzelskiego potępienie wobec niego było w wydaniu niektórych młodych ludzi propagandowym potępieniem ludzi, których on sam prześladował.
Część lewicy z kolei idealizuje czasy PRL, lekceważąc jednocześnie bohaterstwo działaczek i działaczy Solidarności. Dokument „Solidarność według kobiet” przypomina zatem nie tylko kobiety Solidarności, ale też ogólnie pokazuje prawdziwy obraz tamtych czasów i tamtej walki, który 25 lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości jest celowo zniekształcany przez część lewicy i prawicy.
O przesłanie filmu wobec młodych spytałem zresztą dla RacjonalistaTV współtwórczynię filmu, Martę Dzido:
„Herstory” Solidarności z pewnością u nas brakuje. Choć kobiety w Solidarności były równie aktywne jak mężczyźni, przy Okrągłym Stole zasiadła tylko jedna pani. Niektóre ważne działaczki Solidarności zostały wręcz całkiem zapomniane. Reżyserzy „Solidarności według kobiet” włączyli w swoje dzieło wątek dziennikarstwa śledczego, dzięki któremu znaleźli w Neapolu zupełnie zapomnianą działaczkę, Ewę Ossowską.
Choć Ewa Ossowska towarzyszyła Wałęsie (albo może on jej?) w najważniejszych chwilach dla Stoczni Gdańskiej, na obecnej bramie widnieje zdjęcie upamiętniające jedynie Lecha Wałęsę, z całkowitym pominięciem masy fotografii przedstawiających dwójkę aktywistów – Wałęsę i Ossowską. Wzruszający jest w filmie moment, w którym Ossowska po długiej chwili ciszy stwierdza, iż kiedyś zawisną w Stoczni również jej fotografie z tamtych czasów.
Jakkolwiek by nie było, nawet osoby bardzo sceptyczne wobec feminizmu będą musiały po zobaczeniu tego dokumentu przyznać, że historia kobiet Solidarności została celowo zmieciona na margines i stała się w zasadzie parodią dziejopisarstwa, bo bez kobiet cały ruch Solidarności jest w zasadzie niezrozumiały.
Za to odcięcie historii kobiet Solidarności odpowiada przede wszystkim konserwatyzm naszego społeczeństwa. Część z nas ma niemal wrodzone przekonanie co do tego, iż kobiety „są mniej ważne” i nie są „sprawczyniami przełomowych wydarzeń”. Patriarchalny konserwatyzm jest oczywiście wzmacniany przez kościół katolicki, ale wątpię, aby to była jedyna przyczyna. Prawosławni obecnie Rosjanie też nie wykazują się dużym szacunkiem do równorzędnej roli kobiet w dziejach...
Jak niestety przypuszczam, część prawicy i lewicy bardzo chętnie instrumentalnie wykorzysta kobiece dzieje Solidarności. Debata zorganizowana przez Kongres Kobiet 8 marca wokół „Solidarności według kobiet” pokazała, że już teraz nowe ideologia deformują i zniekształcają historię, nawet wśród samych bohaterek tych wydarzeń. Kością niezgody jest choćby współczesny związek zawodowych Solidarność, który zdaniem jednych działaczek stał się uzurpacją tej nazwy i symboliki jako narzędzie niektórych sił politycznych, znajdą się jednak też bohaterki Solidarności wspierające tę współczesną Solidarność.
Ja uważam, że to co dobre i będące powodem do dumy w naszej historii powinniśmy traktować jako nasze wspólne, narodowe dobro i cieszyć się raczej z tego, że historia mimo wszystko jednoczy osoby rozbite naszą doraźną polityczną codziennością, niż używać tejże historii do dalszych podziałów i napędzania spirali populistycznych emocji. Mam nadzieję, że w zeszłym roku po raz ostatni widzieliśmy ogłupioną przez prezesa Kaczyńskiego młodzież, mającą wrażenie, że w roku 2015 walczy z rzeczywistym Stanem Wojennym... Być może jak kobiety wrócą do naszej historii, staniemy się mądrzejsi i mniej skorzy do propagandowych pseudorewolucji, bo przecież były w naszej historii rewolucje prawdziwe...
