Stalin też nie był przekonany co do niezależności władzy sądowniczej...
Stalin też nie był przekonany co do niezależności władzy sądowniczej... internet

Patrzę na to, co się dzieje na naszej scenie politycznej i nie mogę się nadziwić. Z jednej strony jest rząd, który depcze prawo bez żadnej żenady i zastanowienia, a z drugiej horda zachwyconych klakierów, czyli część moich drogich rodaków.

REKLAMA
Rząd torpeduje Trybunał Konstytucyjny? „Dobrze!” - wołają klakierzy. „Lud wspiera przewodni głos partii!”. Dowiaduję się, że Trybunał ma za dużą władzę, więc Kaczyński musi mieć większą. Widocznie część moich rodaków czuje się źle, gdy Jarosław Kaczyński ma za małą władzę. Trochę nie rozumiem tego stanu ducha, ale dobrze. „Zdarza się” - jak mawiał Kurt Vonnegut w „Rzeźni numer 5”.
Teraz dowiadują się że sędziowie Sądu Najwyższego to „banda kolesi”, bo uznali, że Polska ma jednak konstytucję, a nie „jedynie słuszną wolę pana posła prezesa”. Przedstawiam zatem moim pisofilnym rodakom przykład. Wyobraźmy sobie, że prominentny działacz PiS przejeżdża kogoś z nas. I kto ma sądzić ten wypadek? Sąd, czy „większość” sejmowa, czy „wola narodu” większością głosów. Dla mnie to oczywiste, że wolałbym sąd, bo w przypadku większości sejmowej okazać by się mogło, że ofiara wypadku ma jeszcze płacić kierowcy odszkodowanie z uwagi na jego dobre relacje z PiS. Tymczasem jednak zwolennicy PiS piszą mi - „Jacku, jak możesz bronić polskich sądów, przecież to tragedia, jedno wielkie piekło niesprawiedliwości?”.

Nic to, że moi związani z prawem Czytelnicy piszą, że abstrahując już od gwałconego przez PiS trójpodziału władzy w państwie, z sądami jest zawsze tak, że co najmniej połowa osób mających z nimi do czynienia nie lubi ich, gdyż przegrali w swoich sprawach, gdyż okazali się winni, gdyż okazało się, że nie mają racji etc. Sądy zatem, jakie by nie były, będą mieć wielu wrogów...
Moi Czytelnicy będący zwolennikami PiS naciskają. Jak mogę bronić konstytucji, trybunału konstytucyjnego, polskich sądów, wolności mediów...? Przecież wreszcie wstajemy z kolan. Już nie pluje nam w twarz konstytucja, wolność mediów, niezależność sądownictwa, a jacyś nędzni dyplomaci ze zgniłego Zachodu czy z ludobójczego Wschodu coraz słabiej nękają nas próbami kontaktu, nie chcą nas oszukać jakimś NATO, UE, czy innym ONZ. Jest po prostu super! - jak zdaje się twierdzić część moich prawicowych przyjaciół.
W programie Tomasza Lisa profesor Magdalena Środa pogodziła się z myślą, że mamy w Polsce dwa narody. Jeden naród jest coraz bardziej przerażony upadkiem Polski będącej w rękach osób o ciągotach autorytarnych z pewną nutą czystego wandalizmu. Drugi naród wielbi to co się dzieje i ma wrażenie owego wspaniałego „wstawania z kolan”.
Ja nie wiem, czy profesor Magdalena Środa ma rację. Obserwuję sytuację w Europie. Z jednej strony wzrost poparcia dla ugrupowań populistycznych - skrajnie lewicowych i skrajnie prawicowych. Czyli podobna jak w Polsce chęć „wstawania z kolan”. Z drugiej strony oderwane od rzeczywistości ugrupowania normalnej lewicy i chadecji, po części też pogubieni liberałowie. Kwestie migracyjne są tu ważnym termometrem dla tej gorączki – z jednej strony rosnąca nienawiść i ksenofobia, z drugiej – tej na razie jeszcze oficjalnej – skrajny idealizm wobec „innego”, owej ofiary neokolonializmu, która może więcej. I cenzura wobec wielu form krytyki islamu, która jak najbardziej jest konieczna i potrzebna.
Wydaje mi się, że nie ma dwóch narodów w Polsce czy w Belgii. Są raczej ludzie, którzy traktują politykę jak rozrywkę, jak reality show. To jak na przykład Kaczyński dowala tym „smutnym panom i paniom z Nowoczesnej” jest dla wielu wyborców fajne, zabawne, podnoszące na duchu. Do tego niektórzy dostaną 500 złotych albo i więcej. Sama radość!
Również dla części polityków i organizacji pozarządowych na Zachodzie, a także dla ich zwolenników nie liczy się rzeczywistość jako taka. Liczą się modne postawy, czyli ponowoczesność na żywo. No i mamy ponowoczesność na żywo, czyli strefy szariatu w Paryżu, w Brukseli, w UK, w Szwecji... Czasem kogoś zgwałcą, czasem nieletnią, czasem i zabiją. Ale co tam. Belgijski Andre czy francuska Charlotte są szczęśliwi będąc ludźmi myślącymi modnie, ponowocześnie... A przecież im osobiście nic się nie stało, więc czym się tu martwić. Oni nie zginęli na ulicach Brukseli i Paryża, więc nadal mogą sobie pozwolić na światłe, modne ponowoczesne poglądy.
Nie tylko Polacy, ale więcej europejskich narodów zaczęło budować swoje oceny rzeczywistości na mitach, na teoriach spiskowych, na modnych w ich środowisku ideologiach. Przez ostatnie kilka dekad za dużo było chyba telewizji w domach europejskich wyborców. Za wiele rozrywki, a za mało stąpania po rzeczywistym gruncie.
Nie mamy zatem dwóch narodów, belgijskich czy polskich. Mamy kryzys demokracji spowodowany nawet nie tyle brakiem wiedzy, co oderwaniem od rzeczywistości. Brakiem umiejętności oceniania rzeczy ważnych i nieważnych. Polacy wiedzą mniej więcej co to jest niezależność sądownictwa, ale wielu z nich nie umie zrozumieć, że jakiś niesprawiedliwy werdykt sądu z przeszłości jest czymś mniej ważnym od tej ogólnej zasady. Belgowie i Francuzi nie rozumieją, że tolerancja to ciągłe myślenie, ważenie priorytetów, a nie automatyczny mechanizm typu „wizy nie istnieją dla nikogo, przybywajcie!”.
W Japonii rząd zrezygnował ze wspierania wielu kierunków humanistycznych na uczelniach państwowych. Sam jestem humanistą, ale zastanawiam się, czy wszelkie te ideologie wpajane na wielu wydziałach antropologii kulturowej i filozofii na uczelniach europejskich nie czynią nas czasem głupszymi niż bylibyśmy bez tego...? Posłuchajmy zresztą co mówią analitycy lewicy. Oni też – moim zdaniem - nie potrafią twardo ocenić tego, co się obecnie dzieje w Polsce. Nie widzą, moim zdaniem, co jest ważne a co mniej ważne.