internet

Ważą się dziś losy pozostania lub wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W tym, że Brytyjczycy jako pierwsi urządzili referendum na tak zasadniczy temat nie ma nic dziwnego. Od setek lat ich wyspiarska pozycja oraz znaczący (a przez co najmniej stulecie dominujący) wkład w rozwój cywilizacji Zachodu skłaniały ich do patrzenia na resztę Europy jako na „Kontynent”, do którego należy podchodzić z dużym politycznym dystansem.

REKLAMA
Dziś rola UK jest inna niż sto czy sto pięćdziesiąt lat temu. Wielka Brytania przestała być dominującym na świecie imperium ustępując swego miejsca swojej byłej kolonii – Stanom Zjednoczonym. Obecnie jest jednym z najsilniejszych państw w Europie, często jednak stojącym w rankingach za Niemcami i Francją, a bywało, że również Włochy i Hiszpania deptały UK po piętach jeśli chodzi o siłę gospodarki.
Wielka Brytania ma jednak nadal zupełnie odmienną perspektywę niż pozostałe państwa Europy. Dzięki dwóm wiekom dominacji i przekazaniu pałeczki supermocarstwa USA, język, którym posługują się Anglicy stał się światowym lingua franca. A wraz z językiem cały świat przejął od Brytyjczyków sposób widzenia świata, powiedzonka, podejście do czasu wolnego (turystyka choćby), sposób zarządzania, uniwersalne mechanizmy finansowe i wiele innych istotnych rzeczy. Nie przypadkowo konstytucja Indii wzoruje się na brytyjskiej, podobnie jak sposób funkcjonowania kolei i poczty. Nie przypadkowo to w UK zaczęła się rewolucja popkultury.
W przeciwieństwie do innych państw Unii Europejskiej Brytyjczycy są twórczo i aktywnie zintegrowani ze sporą częścią świata. W przyszłości zamiast integracji europejskiej mogą wybrać integrację z państwami bliskimi językowo, etnicznie i kulturowo, takimi jak USA, Kanada, Australia czy Nowa Zelandia. Mogą też ponownie próbować zacieśniać więzi w ramach Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.
Brytyjczycy mają po ewentualnym wyjściu z UE, czy nawet jej upadku, dużo więcej możliwości niż Francuzi, Włosi, Niemcy czy Polacy. Dlatego nie jest dziwnym to, że jako pierwsi postanowili zweryfikować w referendum przywiązanie swoich obywateli dla idei zjednoczonej Europy.
Niestety obawiam się, że jeśli Brytyjczycy opuszczą Unię Europejską zaczną się z niej wykruszać inne kraje. Choć pewnie niejeden czytelnik się ze mną nie zgodzi, uważam, że w ten sposób możemy stracić coś niezwykle cennego i ważnego, jedynego w swoim rodzaju.
Nie ukrywam, że dla mnie UE ma sens jako organizm dążący do stworzenia pełnej federacji państw ze wspólnym rządem. Uważam to za jedyną szansę dla cywilizacji europejskiej aby nie utracić swojego znaczenia. Europa sama się zmarginalizowała poprzez dwie wojny światowe, w dużej mierze napędzane resentymentami nacjonalistycznymi. Czas powojenny był powolnym wracaniem Europy na należne jej miejsce. Wpierw czynił to tylko Zachód, po upadku ZSRR dołączyły do niego kraje Europy Środkowej. Jeśli Europa znów się rozpadnie i podzieli na maleńkie państewka, nieodwołalnie stanie się nie mającą znaczenia prowincją. Oby to była prowincja USA, a nie innych mocarstw, nie mających tak dużego sentymentu do Paryża czy Pragi jak Amerykanie!
Do obecnej sytuacji doprowadziły UE dwie rzeczy – arogancja zachodnich polityków i traktowanie przez Zachód Parlamentu Europejskiego jako politycznej emerytury. Niektórzy zwolennicy UE są zapatrzeni w Zachód jak w świętą krowę. Tymczasem jestem przekonany, że Europa Środkowa wysyła do Parlamentu Europejskiego lepszych swoich polityków niż Zachód swoich.
Przez ostatnie kilka miesięcy cała niemal unijna debata była zdominowana przez kryzys migracyjny. Moim zdaniem rozwaga i chęć niesienia pomocy ustąpiły miejsca tępej ideologii traktowanej hasłowo i mechanicznie. Wzmogło to tendencje nacjonalistyczne w Europie, jak i pokazało pustkę i niedobór rozsądku u wielu rzekomych „liberałów” i „humanistów” w polityce UE.
Liderzy UE czasem nadgorliwie walczą z prawdziwym, ale też często tylko rzekomym rasizmem wobec osób przybywających do Europy z innych kontynentów, jednocześnie nie zważając na rasizm, czy też po prostu lekceważenie Europejczyków wobec Europejczyków. Moim zdaniem ów wewnątrzeuropejski rasizm jest jedną z przyczyn obecnego kryzysu.
Jakie tu można podać przykłady? Choćby traktowanie pracujących w UE poza swoimi krajami Czechów, Węgrów czy Polaków jak imigrantów z Pakistanu. Tymczasem z całym szacunkiem dla wszystkich, również dla Pakistańczyków, Polaków i Czechów łączą z Francuzami i Brytyjczykami zupełnie inne umowy, zobowiązania i elementy dwustronnej zgody na pracę i zamieszkanie nawzajem w swoich krajach. W świetle obecnego prawa Francuz w Warszawie i Polak w Paryżu, którzy tam mieszkają i pracują, nie są imigrantami ale półobywatelami z łatwą drogą do pełnego obywatelstwa. Ani Polak ani Francuz nie są półobywatelami w Lohore czy Kabulu.
Inny przykład to niechęć do zrozumienia przez Zachód innej perspektywy Środkowej Europy. Prawie nigdy w zachodnich dyskusjach o nieufności Węgrów wobec przyjezdnych muzułmanów nie pojawia się refleksja na temat tego, że perypetie Węgrów z islamem były niemal zupełnie odwrotne od perypetii z wyznawcami tej religii Francuzów i Anglików.
W jakimś sensie ofiarą takiego wewnątrzeuropejskiego rasizmu padali też Brytyjczycy, mający przecież inną perspektywę od Francuzów i Niemców. Można oczywiście stwierdzić, że działo się to na ich własne życzenie, gdyż eurodeputowani brytyjscy zasiadali w dość niszowych frakcjach politycznych w Parlamencie Europejskim. Było też w tej postawie wiele konserwatyzmu i eurosceptycyzmu. Ale progresywna lewica i liberałowie, którzy zdominowali na jakiś czas charakter władz UE, powinni w końcu potraktować swoich prawicowych adwersarzy jak godną zrozumienia i pewnej ochrony mniejszość, podobnie jak traktują inne mniejszości, znacznie mniej w swej istocie znaczące dla losów Europy.