
Myślałem, że dochodzimy do czasów, kiedy jedną z cech porządnego artysty jest niezależność. To prawda, że przez wieki, a nawet tysiąclecia większość artystów była tylko niewolnikami władców i obowiązujących ideologii. Jednym ze źródeł potęgi naszej cywilizacji stał się jednak proces emancypacji artystów, uczonych i wolnomyślicieli.
REKLAMA
Po raz pierwszy udało się to chyba w demokratycznych Starożytnych Atenach. Artyści zaczęli projektować kanony proporcji i zastanawiać się nie nad tym, jak ukazać, że X jest potężnym władcą, ale nad tym, co sprawia, że człowiek jest piękny. To robili rzeźbiarze. Obok nich dramatopisarze, tacy jak genialny Arystofanes, nie bali się krytykować zarówno władz, jak i panujących mód, stereotypów i zasad. Doszło nawet do sytuacji, w której oczekiwano, aby komediopisarz był ostry i wyzbyty jakiejkolwiek ówczesnej poprawności politycznej, czy szacunku do władz. Wolnomyślicieli teatru bronił wtedy autorytet boga Dionizosa, który był zdaniem wiernych chaotyczny i anarchiczny, oczekujący wręcz „niegrzecznej sztuki”.
W Starożytnym Rzymie czy w epoce hellenistycznej nie było już tak miło. Wystarczy wspomnieć wielkiego Owidiusza, który podpadł władzom i został zesłany do Dacji, gdzie cierpiąc zły klimat, samotność i nudę próbował ukończyć Fasti.
Ciężko powiedzieć, na ile wolnomyśliciele – artyści mieli coś do powiedzenia w średniowieczu. Ale chyba wbrew pozorom nie byli aż tak zakneblowani jak w epoce kontrreformacji. Pojawiały się zupełnie indywidualistyczne wizje świata, w tym świata sztuki. Ich autorami często były osoby duchowne, co nie powinno nas dziwić z uwagi na trwającą do późnego średniowiecza niemożność zdobycia świeckiego choć trochę wykształcenia. Jednakże przetrwała do nas sztuka Hildegardy z Bingen, będąca w swoich kompozycjach i obrazach daleka od panującej ortodoksji, choć oczywiście bardzo chrześcijańska. Indywidualny gust opata Sugera mógł z kolei zaważyć na popularyzacji sztuki gotyku, która też wprowadziła do architektury zupełnie nieoczekiwane pomysły konstrukcyjne i formy.
Później mieliśmy oczywiście renesans, gdzie wielcy artyści byli też myślicielami i naukowcami. Ich niezależność bywała często dość trudnym zadaniem, bo byli naprawdę blisko „łaskawie panujących” książąt i królów. Tym niemniej najwięksi z nich starali się być niezależni w każdy możliwy sposób. Odkryto w malarstwie perspektywę wykreślną, odkryto zasady rządzące światłocieniem. Zaczęto badać przeszłość sztuki w naukowy sposób.
Następne epoki była to silna huśtawka nakazu odzwierciedlania „jedynie słusznej propagandy” i swobody tworzenia oraz myślenia. XIX i XX wiek niosły z sobą nadal okresy nakazów i swobód. Obok rozkwitu wolności tworzenia na przełomie XIX i XX wieku we Francji, czy w czasach międzywojennych na całym Zachodzie pojawiły się oczywiście twórczości socrealistyczna i nazistowska.
Jednak, mimo historycznej huśtawki, sztuka propagandowa, sztuka władzy i ideologii stawała się w odczuci ogółu coraz bardziej śmieszna, sztuczna, pompatyczna i po prostu brzydka. O ile do dziś dostrzegamy piękno w wizerunkach sumeryjskich i akadyjskich władców, czy w kompozycji przestrzennej i wystroju świątyń kontrreformacji, o tyle socrealizm czy nazistowskie „grafiki” niemal każdemu wrażliwemu mieszkańcowi planety Ziemia wydadzą się dziś sztuczne, żałosne, pozbawione jakiejkolwiek mocy oddziaływania. Jeśli nie wierzycie, możecie pooglądać sobie w sieci plastykę rodem z Północnej Korei czy z Iranu.
Dziwne jest zatem to, że sztuka w naszym kraju jest obecnie kierowana siłą w stronę sławienia ideologii władzy i swoiście pojętego katolicyzmu. Zaczęło się to jeszcze przed obecnymi rządami Jarosława Kaczyńskiego. Wystarczy wspomnieć straszne od strony artystycznej i jakże liczne pomniki Jana Pawła II, czy ewolucję niektórych kompozytorów polskiej muzyki współczesnej – klasycznej w stronę „sakrorealizmu”. Zamiast kantat pierwszomajowych czy sławiących Stalina zaczęły powstawać utwory rozbuchane i pompatyczne, sławiące katolicyzm w sposób przykry nie tylko dla ateisty, ale i dla każdego wrażliwego muzycznie katolika. PiS po części przyszedł dziś na gotowe. Już przygotowano mu formy pod propagandowe filmy o „zamachu Smoleńskim” czy o „zdradzie Okrągłego Stołu”. Jezusowi, do którego jako ateista nie mam sentymentu, ustawia się już „tron polski” z plastiku i paciorków.
Do powyższych refleksji skłoniła mnie wizyta we Wrocławiu Ewy Wójciak, dyrektorki Teatru Ósmego Dnia, która przed kamerą opowiadała mi o przerażeniu, jakie wzbudzać mogą również w twórcach kultury obecne rządy nad Polską. Ewa Wójciak musiała wyjechać z PRL z uwagi na swoją działalność opozycyjną, nie wahała się też nigdy umieszczać w swoich spektaklach odniesień politycznych. Sami zresztą jej posłuchajcie:
Z rozmowy wypływa też spora dawka pesymizmu. Choć dziś najwięksi polscy artyści są po stronie prawa i wolności, to kto wie, co będzie dalej? Artysta musi z czegoś żyć. Część twórców będzie musiała zatem wyjechać (a najłatwiej będzie tym, którzy nie tworzą słowem, tylko obrazem na przykład), zaś inni, aby mieć z czego wyżyć, będą być może musieli układać się z obecną władzą. Zwłaszcza, że PiS ma narzędzia, aby prześladować prywatnych sponsorów chcących wspierać niezależną sztukę. Już teraz opozycyjne wobec rządu media są pozbawiane reklam i odcina się ich obecność w instytucjach publicznych. Oczywiście tak sformatowana polska kultura będzie martwa podobnie jak socrealizm.
Przy okazji spotkania z Ewą Wójciak miałem okazję zarejestrować jej nowy spektakl Summit 2.0, wystawiony w ramach „Sceny Ulicy” będącej częścią działań przygotowanych na Europejską Stolicę Kultury Wrocław 2026, pokazujący między innymi odrealnienie ludzi władzy i na ich tle zwykłego człowieka, w tym wypadku ikonicznego już rowerzystę.
Warto zwrócić uwagę, że forma tego spektaklu jest otwarta, możemy mu nadawać różne znaczenia, liczy się jeszcze bardziej sam nastrój, bo sztuka to także matematyka emocji. Mnie ten spektakl przeniósł myślami poza nasze polskie problemy. Poprawność polityczna jest też nowym i niebezpiecznym rodzajem cenzury, a myślę o tym za każdym razem, kiedy nie mogę dać reklam na YouTubie gdy ośmielę się spojrzeć krytycznie na islam. Wolność wypowiedzi i ekspresji artystycznej jest coraz bardziej deficytowym towarem, choć u nas, z „poległymi w Smoleńsku” i innymi fałszywymi mitami może być z tym wkrótce znacznie gorzej niż w demokratycznych krajach.
