Od pewnego czasu obserwuję w naszej polskiej rzeczywistości kryzys sztuki dialogu. Wśród rozmówców pojawiają się spore rzesze osób całkowicie zrośniętych ze swoim światopoglądem i nie mających zamiaru dopuścić do niego jakichkolwiek przebłysków sceptycyzmu. Gdy te osoby słyszą, że jednak ten światopogląd jest podważany, starają się uciszyć lub zdeprecjonować rozmówcę. Nie przychodzi im do głowy, że może lepiej by było przygotować jakieś kontrargumenty. Tu warto podkreślić liczbę mnogą słowa "kontrargument", bo zdarza się nader często, iż słyszy się w dyskusjach jeden argument powtarzany z pozytywkową cierpliwością, całkowicie niezależnie od tego, czy dotarł do innych uczestników rozmowy.
Rozmawiajmy! Ale czy potrafimy?
REKLAMA
Za kryzys sztuki dialogu obwinia się najczęściej obrazkowość i hasłowość współczesnej cywilizacji. Mówi się, że otaczają nas proste slogany, najczęściej wizualne. Panuje też kult marki. Ów kult marki nie dotyczy tylko i wyłącznie butów, czy spodni. Standaryzacja życia codziennego sprawia, że wielu ludzi ubiegających się o pracę musi przygotować standardowy biogram, gdzie liczą się również przede wszystkim hasła. Pracodawca często zleca specjalnym podwykonawcom selekcję przyszłych pracowników, nie ma więc dużej szansy na to, że osoba nadająca się do danej pracy, a nie mająca zgodnej ze standardami biografii tę pracę otrzyma. Jednocześnie przychodząc do firm i placówek publicznych, gdzie wobec pracowników wymagana jest znajomość języków, orientujemy się, że być może istnieje pewna rozbieżność pomiędzy umiejętnością pozyskania odpowiedniego wpisu w CV, a rzeczywistą komunikatywnością w języku angielskim. W kult marki wpisują się też wszelkiego rodzaju autorytety. Od pewnego czasu jestem publicznie przekonywany przez różnych polskich profesorów, że naukowy światopogląd w żaden sposób nie przeczy religii. Różne istniejące realnie konflikty pomiędzy nauką, badaniami naukowymi, a religiami, zdają się nie istnieć, bo przecież ten czy inny profesor stwierdził, że nie istnieją... A ja jednak je widzę. Wiem też, że, na przykład, w przeciągu ostatnich miesięcy ojcowie dwóch moich przyjaciół zmarli na raka, co być może byłoby mniej nieuchronne, gdyby można było swobodnie prowadzić badania nad komórkami macierzystymi.
Wymieniając przyczyny kryzysu sztuki dialogu zapomina się moim zdaniem o najważniejszej z nich. Jest nią kurczowe trzymanie się wyrosłej na starożytnych mitach religijności w XXI wieku. Jeśli widzimy autorytarne postawy w młodym pokoleniu, to nie zapominajmy o triumfalnym zagoszczeniu religii w szkołach. A przecież szkolna religia nie jest, moim zdaniem, prawdziwym przedmiotem. Jest wdrażaniem w wiarę, wpajaniem dogmatów. W szkole mogłoby się pojawić prowadzone przez osobę świecką religioznawstwo, czyli nauka o różnych religiach, a nie nauka religii. Młody człowiek miałby szansę dowiedzieć się, że na świecie istnieją różne religie, z których wiele rości sobie prawo do "jedynej prawdziwości". Zapoznałby się też z faktami dotyczącymi tego, że przed religią chrześcijańską istniały starsze religie, z których niektóre nadal istnieją.
Zobaczyłby, że chrześcijaństwo nie jest oryginalne, lecz czerpie pełnymi garściami z dawniejszych wierzeń. To rzeczywiście nie byłoby wdrażanie w dogmaty, co, moim zdaniem, nie powinno mieć miejsca w żadnej szkole i wobec żadnych dzieci, lecz nauka samodzielnego myślenia na tematy związane z ludzką religijnością. Oczywiście wiele osób zwraca uwagę na to, że wielu młodych ludzi śmieje się z lekcji religii, tak że można nawet powiedzieć, że lekcje religii w szkołach pozwalają się od niej zdystansować. Są jak gdyby "antylekcjami". Z pewnością na niektórych uczniów to tak działa i później piszą oni o tym w ten sposób. Pytanie, na jak wielu? Wokół ojca Rydzyka nie gromadzą się tylko stare babcie w sławnych, moherowych beretach (swoją drogą uważam te określenie za niesprawiedliwe, bo moja babcia też nosiła elegancko i z dumą moherowy beret, a była niewierzącą racjonalistką, umarła zanim określenie "moherowe berety" stało się nośne w przestrzeni medialnej). Do uczniów, dla których religia nie jest antylekcją, warto dodać też tych wszystkich, którzy uwalniając się od wierzeń katolickich nie zauważają wpływu, jaki jednak na nich wywarła religijna indoktrynacja. Mamy przecież niestety ateistów, którzy w kwestii równouprawnienia kobiet, praw mniejszości seksualnych, własnej seksualności, pesymizmu związanego ze śmiertelnością nie różnią się niczym od konserwatywnych katolików. Możliwy jest tu wpływ uczestniczenia w lekcjach religii w wieku nie pozwalającym jeszcze na samodzielne odrzucanie dogmatów katolickich. Dodajmy, że dzieci w wieku pierwszych klas szkół podstawowej są uwarunkowane do słuchania się dorosłych (przynajmniej czasami...).
Całkiem zatem możliwe, że kryzys sztuki dyskutowania ma jednak jakieś istotne korzenie u wielu osób w odebranej za młodu indoktrynacji polegającej na wpajaniu dogmatów religijnych. Religijność danej osoby może po tych zabiegach szczęśliwie przeminąć, ale dogmatyzm, sam sposób myślenia i argumentacji, może pozostać na całe życie...
W kwestii kryzysu sztuki dyskutowania jeszcze ważniejsze od wpływu lekcji religii na młode umysły są jednakże słowa Tertuliana, wczesnochrześcijańskiego apologety chrystianizmu (żyjącego na przełomie II/III w n.e.) twierdzącego, że „wierzę, ponieważ to absurd” (credo, quia absurdum). Lubi mi je przypominać podczas frustrujących niekiedy zmagań o odrobinę dystansu wobec "jedynie słusznej wiary" religioznawca Radosław Czarnecki. O ile dla ludzi żyjących w średniowieczu wiele rzeczy zawartych w Biblii mogło się wydawać całkiem logicznych, o tyle dla wierzących w XXI wieku nie powinno już tak być. Mamy przecież o wiele więcej wiedzy na temat człowieka i świata wokół nas. Oczywiście poznawanie człowieka i świata trwa, nie jest procesem zamkniętym, ale pewne dawne mity zostały już niepodważalnie odrzucone, albo wyjaśnione w lepszy sposób. Wiemy, że za zjawiskiem piorunów nie kryje się Zeus Gromowładny, wiemy, że nie da się wstrzymać Słońca na niebie, bo to Ziemia je obiega, a jest to częste w biblijnych opisach. Wiemy, że za obłąkania nie odpowiadają demony, choć Jezus rzekomo z niejednego przegnał demony (i to w świnie na przykład). O tym co już wiemy, a co nie jest prawdziwe w Biblii, można by napisać kilka książek, zatem poprzestanę na tych dwóch przykładach. Lecz cóż z tego? Wierzący w XXI wieku, bardziej niż ludzie w średniowieczu, idą za radą Tertuliana - "wierzę, ponieważ to absurd". Sztuce dyskutowania to z pewnością nie służy. Zawsze możemy usłyszeć, że ponad logiką dyskursu istnieje "logika ekstatyczna", "logika wiary"... I co z tym zrobić? Czuję, że będę musiał jeszcze wrócić do Tertuliana, który niewiele by mnie obchodził, gdyby nie dysponujący wygodną paletą wszelakich logik polemiści...
