30 marca na Krakowskim Przedmieściu i Starym Rynku w Warszawie pojawił się pochód przebranych w stroje historyczne członków Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, który był urządzony dla uczczenia rocznicy śmierci pierwszego znanego polskiego ateisty, Kazimierza Łyszczyńskiego. Odegrane zostały okoliczności tej śmierci, co mogło się kojarzyć z „Tytusem Andronikusem” Szekspira, bowiem polała się oczywiście krew i obcinano kończyny. Zarówno krew, jak i kończyny były tym razem na szczęście sztuczne. Sam upamiętniony przeżywał ten koszmar naprawdę, bowiem ośmielił się twierdzić w XVII wieku, iż bóg nie istnieje i został wymyślony przez ludzi. Jak stwierdził w barokowej i kontrreformacyjnej Polsce jeden z oskarżycieli Łyszczyńskiego, „Bóg istnieje! Niech ateusz zginie!”. Zatem wykonanie wyroku śmierci na niewierzącym szlachcicu miało być dla naszych praszczurów nie tylko daniem ujścia nieludzkiemu prawu, ale też, w jakiś sposób, potwierdzeniem istnienia katolickiego boga.
Nad prochami pierwszego polskiego ateisty
REKLAMA
Wrażliwy i wierzący czytelnik mojego eseju mógłby się zdziwić, dlaczego obchody tak drastycznego wydarzenia zbiegły się z Wielkanocą? Pochód racjonalistów mijał przecież ludzi wychodzących z kościołów ze święconkami. Czy nie zaszła aby jakaś „obraza uczuć religijnych”? Otóż nie. Święta Bożego Ciała i Święta Wielkanocne były dawniej idealnym momentem na palenie heretyków i ateistów na stosach. Na spustoszonym od religijnego fanatyzmu ówczesnym Półwyspie Iberyjskim takie świąteczne palenie na stosach zyskało portugalską nazwę „auto da fé”, co oznacza „akt wiary”. Brutalne i nieludzkie „akty wiary” były częścią ważnych katolickich świąt i ceremonii, zaś ich widzowie zyskiwali od Kościoła odpuszczenie grzechów. Zatem zbieżność czasowa kaźni Łyszczyńskiego ze Świętami Wielkanocnymi bynajmniej nie jest przypadkowa.
Modny jest obecnie wysuwany przez wierzących argument, iż wiara nie ponosiła żadnej winy w kwestii „auto da fé”, gdyż owe czasy ogólnie były brutalne. Podobny argument „wyjaśnia” wszelkie drapieżne fragmenty Biblii, w których bóg Jahwe albo jego prorocy nawołuje do zabijania wszystkich mieszkańców zdobytych miast. Obrońcy Biblii twierdzą, iż takie były czasy, taka ówczesna ludzka wrażliwość i bóg widać musiał się dostosować, albo i jakoś go zniekształcono. Cóż, każdy kto czytał na przykład Iliadę zauważy, iż Homer miał nieco większą wrażliwość, bowiem Trojanie nie są w jego eposach przedstawiani jako zasługujący na całkowitą eksterminację i niegodni miana człowieka przeciwnicy. Jak to zatem możliwe, aby autor nieświętej obecnie księgi, jaką jest Iliada, miał więcej współczucia dla przeciwników, niż, jak wierzą chrześcijanie, natchniony przez boga prorok tej, lub innej księgi Biblii? Jeśli zaś oryginalny przekaz rzekomego boga Jahwe zniekształcono, to czemu na to pozwolił? I czemu nieprawdziwi bogowie olimpijscy z eposów Homera mieli jakoś więcej szczęścia? Oczywiście nie twierdzę, że moralność homerowa w kwestii postawy wobec „innego” jest idealnym wzorem do naśladowania, ale z pewnością była lepsza od tego, co czytamy w Biblii i od tego, w jaki sposób swoich ideologicznych przeciwników traktowali chrześcijanie w XVII wieku.
Gdy mówię katolikom o często przerażającej z uwagi na przemoc i nietolerancję historii Kościoła Katolickiego (co dotyczy również prawosławia i wielu wspólnot protestanckich), słyszę przeważnie, iż papież Jan Paweł II przeprosił za te „błędy i wypaczenia”. Moim zdaniem nie były to pełne przeprosiny, gdyż również Jan Paweł II powołał się w nich na argument realiów historycznych, moim zdaniem niezbyt trafiony. Ale załóżmy roboczo, dla dobra moich dalszych rozważań, że takie przeprosiny rzeczywiście miały miejsce. Jak każdy się chyba zgodzi, za przeprosinami powinna iść zmiana wykluczająca zachowania, za które się przeprosiło.
Oczekiwałbym zatem po przeprosinach dotyczących między innymi istnienia i działalności inkwizycji zmiany nastawienia Kościoła i poszczególnych wiernych wobec „innego”. Na sam początek święci katoliccy, którzy wsławili się inkwizycyjną walką z niewiernymi, powinni stracić ten tytuł. Tymczasem św. Dominik de Guzman, będący ojcem założycielem inkwizycji, nadal jest czczonym przez katolików świętym. Bez trudu znajdziemy w sieci jego wizerunki na tle rozpalonych przez niego stosów. Działa też nadal zakon założony przez św. Dominika, zajmujący się między innymi zwalczaniem sekt. Zgadzam się, że niektóre sekty są groźne, ale czy rzeczywiście aż tak bardzo różnią się od „prawdziwych religii”? Wiele działań dominikanów wskazuje też na to, że zwalczane są wszelkie wspólnoty ludzi wierzących, mogące stanowić zagrożenie dla ich wiary. Ataki dotyczą na przykład zupełnie pokojowo nastawionych Polaków, którzy zaczęli wierzyć w hinduizm, zaś on w ich wydaniu nie jest w żaden sposób bardziej groźny od praktyk przeciętnego chrześcijanina. Dowiaduję się niekiedy o jakimś „szatańskim wpływie jogi”, co można przecież porównać z wpływem odmawiania różańca. Jako ateista uważam, że zarówno medytacja w klasztorze, częste odmawianie różańca, jak i medytacja pasjonata jogi są smutną stratą czasu i odwracaniem się od naszego prawdziwego świata, ale z pewnością nie zgadzam się z tym, jakoby jedno miało być „dobre i właściwe”, zaś drugie „diabelskie”.
Obok świętego Dominika i jego dziedzictwa, jeszcze ważniejszą rzeczą, której oczekiwałbym od katolików po przeprosinach (o ile te były prawdziwe, wobec czego jestem dość sceptyczny), byłoby usunięcie wszelkiej mowy nienawiści z kazań i z mediów katolickich. Oczekiwałbym, aby nie padały z ambony, tudzież z katolickiego kanału radia, telewizji lub internetu, żadne słowa potępienia wobec osób niewierzących i wyznawców innych religii. Oczywiście, jeśli ktoś zrobił coś rzeczywiście złego, można go wtedy publicznie krytykować. Ale potępianie innych po prostu za to, że nie są katolikami, nie powinno chyba mieć miejsca po rzekomych przeprosinach papieża, mających odciąć Kościół od jego inkwizycyjnej przeszłości? Obserwując media, albo na przykład reakcje większości katolików na Ateistyczną Kampanię Bilbordową, w której też aktywnie uczestniczyłem, nie mam wrażenia, że ktokolwiek kiedykolwiek rzeczywiście przeprosił za okoliczności, które między innymi doprowadziły do niesprawiedliwej kaźni Kazimierza Łyszczyńskiego. W Ateistycznej Kampanii Bilbordowej propagowane były dwa hasła, z których żadne nie atakowało osób o innym światopoglądzie. Pierwsze z nich głosiło „Nie wierzysz w Boga? Nie jesteś sam” i było po prostu słowem otuchy skierowanym dla ateistów z małych miejscowości, którzy bywają ogromnie stłamszeni przez wierzących w swoim otoczeniu. Drugie z kolei mówiło: „Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę”, czyli w zgodny z prawdą sposób przeczyło propagowanej przez teistów czarnej legendzie, w świetle której ateizm miałby prowadzić do jakiegoś upadku moralnego. Gwałtowne reakcje na ateistyczną kampanię zasugerowały mi, iż nie odeszliśmy niestety zbyt daleko od XVII wiecznej nietolerancji i że dla wielu mieszkańców naszego kraju sam fakt istnienia ateistów jest bluźnierstwem i obrazą, tak jak to było w czasach Łyszczyńskiego…
