Ciężko nie zauważyć obecnego w Polsce sojuszu tronu i ołtarza. Jest to stary temat, jednakże część naszych polityków zdaje się nim nie przejmować i poprzez swoją ostentacyjną pobożność szuka wsparcia w Kościele, mającym znaczący wpływ na opinię publiczną i na potencjalnych wyborców. Nie sposób też nie zauważyć, iż niektórzy politycy dają Kościołowi więcej, niż on chce przyjąć. Trwa jednak wyścig dotyczący tego, kto da więcej i jak to bywa w sportowych zmaganiach, niektórzy zawodnicy utracili już kontakt z rzeczywistością, całkowicie skupiając się na pokonaniu rywali w ostentacyjnej, rytualnej pobożności, okraszonej podarkami

REKLAMA
Sojusz tronu i ołtarza nie jest jednak nawet w połowie tak groźny, jak sojusz doktorów i profesorów nauk ścisłych i przyrodniczych z „jedynie słuszną wiarą”. W miarę inteligentny odbiorca zdaje sobie sprawę z tego, że nie wszystko, co robią politycy należy przyjmować za dobrą monetę. Gdy jednak profesorowie biologii i fizyki zarzekają się, że religia nie stoi w żadnej sprzeczności z nauką, a wręcz jej pomaga, robi się niebezpiecznie. Wybitny uczony siłą rzeczy stanowi autorytet dla starających się wyrobić sobie zdanie o rzeczywistości amatorów. To nie kler, ani nie politycy, ale wybitni artyści, naukowcy i humaniści kształtują trwale świadomość większości mieszkańców kraju. Chodzi mi tu o świadomość głębszą, długotrwałą. Bo politycy się zmieniają, kościoły zaś są zmuszane w nowoczesnych społeczeństwach do dostosowywania się do istniejących faktów o rzeczywistości, których już nie można nawet z pomocą teologii obrócić w metaforę, takich jak odkrycia kopernikańskie, pewne elementy ewolucjonizmu, fakty dotyczące (jakiejkolwiek) intelektualnej wartości kobiet i tym podobne. Dawni dogmatycy kościelni odchodzą w niepamięć. Poeci, filozofowie i naukowcy zostają na dłużej i wpływają na następne pokolenia. Lekcje religii nie toczą się w szkołach tylko na lekcjach religii - podręczniki do polskiego i historii też mogą stawać się nierzetelne w ocenie dziejów chrześcijaństwa i często jest to wpływ historyków z wyższych uczelni, a nie jakiegokolwiek kleryka.
Mamy na przykład debatę na Dzień Darwina w Krakowie. Po filmie nawiązującym do zmagań odkrywcy z opinią wierzących chrześcijan, których mitologię teoria ewolucji roztrzaskała na kawałki, wybitni polscy biolodzy zadają sobie ogrom trudu, aby od każdej strony bronić wiary. Z jednej strony słyszymy, że religijność jest znakomitym biologicznym przystosowaniem, z drugiej, że ewolucję można pojmować jako „umysł Pana Boga”, z trzeciej wreszcie, że poznanie naukowe i, szerzej, logiczne, jest tylko jednym z wielu poznań, jakimi dysponuje człowiek, bo przecież można odkrywać świat za pomocą poznania ekstatycznego. Padają zatem różne argumenty, niekiedy sprzeczne ze sobą, aby tylko bronić roli religii w nauce i w społeczeństwie. W trakcie dowiadujemy się też, że być może Darwin miał jakieś tam problemy, bo żył wśród protestantów, a nie wśród katolików. Tydzień później jestem świadkiem debaty na wrocławskim wydziale fizyki, gdzie przy pełnej widowni dwóch szkolnych kolegów – magister fizyki, który stał się dominikaninem i wciąż pozostający w branży doktor fizyki zachwalają katolicyzm, jako nie tylko nie przeszkadzający badaniom naukowym, a wręcz je inspirujący. W trakcie dyskusji z publicznością na szczęście inny doktor fizyki nazywa debatę „rekolekcjami”, lecz miłe wrażenie po chwili pryska, gdy jedna z pracowniczek naukowych uniwersytetu wrocławskiego zaczyna zachwalać głębie i mądrości św. Faustyny.
Czy rzeczywiście nauka nie jest w konflikcie z religią? Wystarczy spojrzeć na dogmaty katolickie. Nie da się ich wszystkich ominąć czyniąc z nich pouczającą metaforę i dalej wierząc po staremu. Skoro opisanie powstania świata w Biblii było tylko metaforą (pytanie czego?), to za co zginął Jezus? Za metaforę Adama i Ewy? Nikt z chrześcijan oczywiście nie przyjmuje zmartwychwstania jako metaforycznego, bo jaki miałoby sens chrześcijaństwo bez obietnicy zmartwychwstania? Pamiętam, że gdy oznajmiłem moim kolegom w szkole, że jestem ateistą, nie usłyszałem pytania: „jak to, nie kochasz Jezusa?”, lecz „to co będziesz robił po śmierci?”.
Profesorowie broniący religii często odwołują się do argumentu z dziur. Głosi on, iż nauka nie wyjaśnia jeszcze wszystkiego, zatem wszędzie tam czaić może się jakiś bóg. Więc czemu by tego czającego się po kątach boga nie przyjmować, nie zachwalać i nie promować w ramach nauczania nauk ścisłych i przyrodniczych? Owszem, dla kogoś, kto bardzo nie lubi brzytwy Ockhama, uzasadnione są hipotezy, że coś czai się po kątach, na białych plamach naszej wiedzy. Ale to coś z pewnością nie jest Jezusem, boginią Kali, czy Allachem. O Jezusie, Allachu i boginii Kali świadczyć mają różne opowieści głoszące ich wpływ na rzeczywistość. To, że ten wpływ nie istnieje, że te historie są zmyślone, dawno już udowodniono. Już same formy tych cudownych działań świadczyły o całkowitej nieznajomości rzeczywistości przez zakładanych przez wiernych bogów. Na przykład pojawiające się w wielu religiach wstrzymywanie słońca na niebie, albo wiązanie chorób psychicznych z demonami. Sam postulat istnienia duszy jest łatwy do obalenia. Starczy zauważyć, że uszkodzenia mózgu wpływać mogą na całkowitą zmianę charakteru, zachowań, na zaniki pamięci, świadomości etc. Jest dostateczna ilość dowodów na to, że żadna dusza nie istnieje i że ludzka świadomość jest w tylko i wyłącznie funkcją działania mózgu. W naszych zachowaniach dają się też zauważyć atawizmy, takie jak lęk przed wężami, pochodzący jeszcze od naszych wspólnych z szympansami przodków. Jak się ma ten lęk do postulatu duszy? Jakie jest znaczenie postulatu nieśmiertelności padające z ust Ewangelistów, którzy wierzyli, że świat liczy sobie 6000 lat i powstał w 7 dni, przy czym dzień powstał przed słońcem. Znamy starsze od chrześcijaństwa religie posługujące się swobodnie liczbami rzędu milionów, miliardów, a nawet bilionów, więc argmument, że „bóg mówiąc prawdy objawione dostosowywał się do realiów epoki” jest nonsensowny. Czemu zatem niektórzy naukowcy bronią postulatu Jezusa/Jahwe w nauce?
Z pewnością niektórzy z naukowców autentycznie wierzą. Wiara religijna jest najczęściej wpajana we wczesnym dzieciństwie, kiedy jej odbiorca nie myśli jeszcze w pełni logicznie. Pojawiają się wtedy w mózgu pewne konstrukcje myślowe, które można śmiało nazwać atawizmami z dzieciństwa. W wieku dorosłym powoduje to swoiste rozdwojenie jaźni. Naukowiec jest naukowcem, gdy bada zagadnienia fizyczne, lub przyrodnicze, a staje się małym dzieckiem, gdy zachacza o sprawy dotyczące egzystencji. Powoduje to smutny efekt odarcia nauki z filozofii i z wniosków światopoglądowych. Przełomowe odkrycia dotyczące kosmosu, czy ewolucji stają się wtedy tylko burzami w szklance mętnej wody, marginalnymi wnioskami wypływającymi ze ściśle zawężonej działki poznania i mającymi wpływ tylko na nią. Tymczasem zarówno kosmos, jak i ewolucja mają kapitalny, absolutny wpływ na naszą egzystencję. Ewolucja to nie tylko kształt naszych ciał, ale i naszego myślenia, oraz naszego wrażenia jaźni. Kosmos to nie tylko dalekie gwiazdy, do których najpewniej za naszego życia nie dotrzemy. Kosmos to także ziemia pod naszymi stopami, oraz Słońce, główna przyczyna naszego istnienia, jedyne źródło naszej energii, z której korzystamy dzięki zdolności fotosyntezy zjadanych przez nas roślin i pośrednio zwierząt, które istnieją i są kaloryczne dzięki temu, że mogły żywić się roślinami. Na najważniejsze egzystencjalne pytania nie znajdziemy odpowiedzi w Biblii, czy Koranie, ale w nauce. Ale co zrobić, jeśli spora część naukowców woli Biblię od nauki?
Innym powodem robienia przez naukowców rekolekcji dla studentów może być naiwna niechęć do drażnienia wierzących. W końcu wielu urzędników, polityków i prywatnych sponsorów badań to osoby religijne. Zatem lepiej ich nie drażnić, bo może to oznaczać ograniczenie dotacji i uniemożliwienie badań. Ta strategia nie jest zupełnie nieracjonalna, ale brak jej szerszej perspektywy. Jeśli dla dobra doraźnych celów nie będzie się bronić prawdziwej nauki, zainteresowanie nauką wśród uczniów i studentów będzie spadać. Czym innym są bowiem zawężone, rzemieślnicze sztuczki, „nie szkodzące” Jezusowi, czy Allachowi, a czym innym nauka jako potężne narzędzie odkrywania całej rzeczywistości. To pierwsze jest wyrosłą z autocenzury półprawdą, to drugie ma moc przyciągania najlepszych. Warto zatem, moim zdaniem, być odważnym i wybierać uczciwość sprzyjającą dalekosiężnym celom.
Wymienionych przykładowo sytuacji nie obdarzyłem rzeczywistymi imionami profesorów w cieniu krzyża, bowiem zjawisko jest bardzo szerokie i całkiem możliwe, że przykłady z Krakowa i Wrocławia są i tak stosunkowo lekkie w stosunku do innych. Owe głębokie ukłony części naukowców w stosunku do religii i religijności to nie tylko Polska specjalność. Coyne, autor "Ewolucja jest faktem", wybitny ewolucjonista i wielki znawca zagadnień związanych ze specjacją gatunków prowadzi na swoim blogu nieustającą batalię z rozmywaniem nauki na rzecz akomodacjonizmu. W sieci można też znaleźć liczne tłumaczenia na polski jego tekstów.
W świetle ukłonów naukowców w stronę "jedynie słusznej wiary" (rzadko bowiem któryś z obrońców wiary zauważa, że ewentualny deizm jest dość daleki od katolicyzmu), nie powinien nikogo dziwić fakt zakradania się innego rodzaju irracjonalności na uniwersytety. Jasnowidz Jackowski, mimo, że nie chciał się poddać próbie prawdziwości swoich zdolności, próbie gwarantującej mu w razie prawdziwości jego zdolności milion euro ze strony belgo - flamandzkich sceptyków, jest mile widzianym gościem na polskich uniwersytetach. Jego wystąpienia nie mają charakteru debaty, w której ktoś racjonalnie myślący poddaje krytyce rzekome nadnaturalne zdolności Jackowskiego. Wręcz przeciwnie, są to niezależne wykłady, zaś pracownicy naukowi i opiekuni studentów raczej reklamują swojego gościa z krainy czarów. Uchylenie drzwi dla jednego irracjonalizmu pozwala wedrzeć się w mury placówek oświatowych wszystkim innym...