Właśnie powstała w Częstochowie kolejna statua religijna wysoka na 14 metrów. Można powiedzieć, że wyścig na pomniki trwa, a nasz kraj jest jednym z głównych miejsc, gdzie odbywa się zacięta rywalizacja. Częstochowski pomnik Jana Pawła II przewyższa swoim rozmiarem większość światowych monumentów ukazujących Jezusa, z czego jako ateista nie umiem wyciągnąć jednoznacznych wniosków. Może jesteśmy świadkami powstawania nowej religii? Jeśli zaś wielkość pomnika ma świadczyć o prawdziwości danego wierzenia, to przypominam rzeźbiarzom sportowcom, że chyba nadal buddyzm i wierzenia Starożytnego Egiptu są dzięki wielkości swoich przedstawień figuralnych najbardziej "prawdziwe". Aż kusi mnie, aby wziąć dłuto w dłoń, albo raczej przywieźć dźwigiem stalową formę do betonu, i udowodnić wszem i wobec, po horyzont, prawdziwość własnego światopoglądu. Ale chyba jednak tego nie zrobię...

REKLAMA
Jakie monumentalne przedstawienie miałby w wyścigu pomników wystawić ateista? Chyba żadne. Sama natura zdaje się być w pełni nieświadomą ateistką, można wręcz stwierdzić, że od każdego pomnika "jedynie słusznych" idei, aż po głęboki kosmos rozciąga się kpiąco złożony z kosmicznej pustki pomnik ateizmu. Kosmos nie za bardzo chce nachylić się nad żarliwie postulowanymi przez wierzących mitami, wielkie prawdy tej czy innej wiary okazują się w konfrontacji z nim bladymi, drżącymi metaforami, o których lepiej nie mówić za wiele, jeśli nadal chce się wierzyć.
Pełne zacięcia i mało elokwentne wystawianie monstrualnych pomników z pewnością jest pewnym sposobem obejścia tej niezręcznej sytuacji. Ważący kilkadziesiąt ton pomnik z pewnością nie jest już tylko metaforą i jeśli stanie się odpowiednio blisko, może przesłonić złośliwie sceptyczny kosmos. Przy liczącej sobie 14 metrów podobiźnie "papieża Polaka" można nawet próbować zamieszkać tak, aby swym nabożnym przesłaniem zasłaniała heretyckie gwiazdy. Heretyckie zwłaszcza od czasu, kiedy zaczęto odkrywać wokół nich systemy planetarne. Co jeśli na jakimś z nich ktoś mieszka i wcale nie wierzy w Jezusa i "papieża Polaka"?
No dobrze, tyle o pomnikach i naturze. Pora na kolejny problem - czy ściana bez symboli religijnych jest ateistyczna? Wydaje mi się, że nie. Po prostu jest ścianą, o neutralnym, ściennym przesłaniu. Podobnie lampa bez symbolu krzyża nie jest lampą propagującą ateizm. Jeśli ktoś z Was się ze mną nie zgadza, a wierzy w chrześcijaństwo, to chyba powinien ponaklejać krzyżyki na wszystkie meble i drobniejsze przedmioty w domu.
Niestety, propagandzie osób wierzących, które jednak uważają czystą ścianę za przejaw ateizmu, ulegają również niektórzy ateiści. Mamy na przykład niedawną ateistyczną sensację, czyli książeczkę dla dzieci pod tytułem: "Jak Jeżyk z Prosiaczkiem Boga szukali i co z tego wynikło", autorstwa znanego niemieckiego świeckiego humanisty, Michaela Schmidta Salomona. Choć mówimy o tej książeczce w skrócie, że jest ateistyczna, to nawet jej ciężko ten epitet przypisać.
Tytułowe zwierzątka w tej ilustrowanej historyjce odwiedzają kapłanów trzech religii Mojżeszowych i nie będąc zachwyconymi z tych spotkań, dochodzą do wniosku, iż reklamujący istnienie boga bilbord na ich domku niekoniecznie głosi prawdę. Kapłanów pytają odpowiednio o potop, o ofiarę z syna boga i o reperkusje nieodbywania pięciu modlitw w trakcie dnia. Odpowiedzi jakie słyszą Jeżyk i Prosiaczek nie są zachęcające i nie wydają się logiczne. Dlaczego Bóg, mający być rzekomo ucieleśnieniem dobroci, miałby topić wszystko, co żyje? Czy my, zwykli ludzie, nie bywamy lepsi wobec "swoich winowajców"?
Co z kolei ma przekazać ludziom kaźń syna Boga na krzyżu? Zwłaszcza, jeśli tzw. grzech pierworodny jest uznawany za metaforę, w związku z tym, że Adam, Ewa i wąż są obecnie dla wielu katolików i części protestantów metaforami? Takie pytania mogą przyjść do głowy młodemu czytelnikowi książki o Jeżyku i Prosiaczku. Czy jest to jednak przekaz silnie nacechowany ideologicznie, czy raczej biała ściana, czyli zwykłe pytania powstające po usunięciu tendencyjnego punktu widzenia? Tym niemiej nawet niektórzy ateiści boją się tej książeczki, nie chcąc mówić dzieciom niczego o religii, łudząc się zapewne tym, że dzieci nie zetkną się z nią później, w szkole, wśród rówieśników i nauczycieli, niekoniecznie oczywiście religii...
Podobny problem wzbudza koncepcja Obozów Ateistycznych, którą chcemy przenieść na grunt polski z Anglii. Tu również wiele osób chce się upewnić, czy dzieci nie będą "indoktrynowane ateistycznie". A jeśli nie, to czemu taka nazwa? Cóż, takie obozy mają polegać na popularyzacji nauki i sceptycznego myślenia. Ale gdyby nawet każdego dnia odbywała się godzina czytania "Boga urojonego" Dawkinsa, to czy działoby się coś więcej, niż na religijnych obozach i w religijnych szkołach, gdzie zbiorowe modlitwy odbywają się każdego dnia, zwykle wiele razy, wraz ze mszą...?
W wielu szkołach, gdzie uczą się dzieci i młodzież, nie brak przedmiotów i zajęć mających na celu wpajanie wiary i nic więcej. Cóż, większość racjonalnych ateistów uważa, iż samodzielne myślenie samo prowadzi do uczciwego wglądu w rzeczywistość. Ja również się z tym zgadzam. Nie trzeba czytać grupowo Dawkinsa, czy odbywać zajęć z niewiary. Ale gdyby ktoś coś takiego robił, nie protestowałbym, bo warto przykładać równą miarę do wszystkiego. Wiele dzieci jest indoktrynowanych, religijne szkoły są całkowicie legalne. Pytanie brzmi, czy dziecko rzeczywiście "chce" zostać chrześcijaninem, hinduistą, czy muzułmaninem i czy rodzice mają prawo chcieć za nie?
A jeśli, póki co, powszechnie uważa się że tak, ciężko by mi było protestować wobec ateistów żądających takich samych uprawnień wobec własnych dzieci. Co oznaczałoby też istnienie szkół o wyraźnym profilu ateistycznym. Aczkolwiek, powtórzę, iż najlepiej jest pozostawić dzieci samym sobie w tym względzie, niech same uczą się z obserwowania rzeczywistości tego, co będzie im drogie.
Wszystkie znane mi dydaktyczne przedsięwzięcia ateistów spełniają ten postulat. Z ostatnich pozycji dostępnych na rynku mamy choćby "Magię rzeczywistości" Richarda Dawkinsa, której przesłaniem jest zachwycenie dziecka, a raczej młodzieży rzeczywistością i jej pięknem. Dawkins zaczyna każdy rozdział od mitów, wśród których są również są również te chrześcijańskie, po czym przechodzi do prawdziwych obrazów świata.
Takie zestawienie może wzbudzić pewien sceptycyzm wobec religii u czytelnika, ale ów ewentualny sceptycyzm ciężko nazwać indoktrynacją. To raczej normalność, przed którą wzbrania się z kolei każda indoktrynacja. Ostatnio w ślady Dawkinsa poszedł nasz emerytowany dziennikarz, wieloletni współpracownik BBC, Andrzej Koraszewski. Powstał darmowo dostępny e-book pod tytułem: "Skąd się wzięło dobro i zło i inne głupie pytania". Znów pojawia się pytanie, czy opisywanie młodzieży naturalnych, zwierzęcych źródeł moralności i etyki jest propagowaniem ateizmu?
Chyba jednak nadal mamy tu białą ścianę, czyli coś neutralnego, bo przecież nie startujemy od zera, nasze zachowania społeczne nie są związane z religiami, które wymyśliliśmy, ale z wyrosłą na naszym biologicznym dziedzictwie kulturą, siłą rzeczy znacznie bardziej uniwersalną od każdej religii.