Niedawno ukazała się książka Michaela Schmidta Salomona "Jak Jeżyk z Prosiaczkiem boga szukali i co z tego wynikło?". Portal Ars Christiana pisze o niej tak: "W publikacji dzieci natrafią także na fragmenty ocierające się o bluźnierstwo, stąd nie dziwi zachwyt i słowa uznania dla autora ze strony stowarzyszeń promujących ateizm i ruchów antykatolickich." Czy publicyście portalu nie umknął fakt ciągłego i jednostronnego promowania treści chrześcijańskich wobec najmłodszych, co sprawia, że rodzic ateista, chcąc wychować swoje dziecko, musi w zasadzie sam rysować mu książeczki?

REKLAMA
Ale skończyło się, my ateiści możemy wreszcie kupić sobie gotowy produkt, jakim jest książka Michaela Schmidta Salomona, której współwydawcą jest zasłużony dla starań o świeckość naszego kraju Andrzej Dominiczak, prezes Towarzystwa Humanistycznego. Książka mówi o Jeżyku i Prosiaczku, którzy przejęli się pewnego dnia afiszem na swoim domku, głoszącym: "Kto nie zna boga, temu czegoś brakuje". Jak to bajkowe zwierzątka mają w swoim zwyczaju, przyjaciele natychmiast wyruszyli na poszukiwanie owego boga, nie chcąc, aby im czegoś brakowało. Po niedługim czasie (bo i bajka krótka) trafili na trzech przedstawicieli religii mojżeszowych, którzy opowiedzieli im o potopie, w którym bóg zabił wszystkie zwierzątka, o tym, że czyjaś brutalna śmierć ma być czczona, oraz o surowych karach grożących za niedokonywanie pięć razy dziennie ablucji i modlitw.
Jeżykowi i Prosiaczkowi nie spodobał się oczywiście bóg, który z bliżej nieokreślonych powodów miał rzekomo zatopić wszystkie przedpotopowe jeżyki i prosiaczki. Po nieuniknionej kłótni teologicznej przedstawicieli trzech religii mojżeszowych zwierzątka stwierdziły, że boga raczej na pewno nie ma, a nawet jeśli jakiś jest, to na pewno nie ma nic wspólnego ze spotkanymi kapłanami i ich opowieściami.
Przyznam, że nawet ja, gdy pierwszy raz widziałem tę książeczkę, jeszcze w wersji niemieckiej, byłem trochę zaszokowany. Przestrzeń publiczna jest tak zapełniona treściami religijnymi, zaś przyzwolenie na religijną indoktrynację dzieci tak silne, że nawet będąc ateistą w pierwszym odruchu zerka się niepewnie na ateistyczną publikację dla najmłodszych. Oczywiście szybko otrząsnąłem się z szoku i ucieszyłem. Jakże nie mógłbym pamiętać ilustrowanej Biblii dla najmłodszych, w której jeden z pięknych obrazków przedstawia potop. Dlaczego wtedy, mając pięć lat, nie zorientowałem się, że dzieje się coś złego, że toną wszystkie Jeżyki i Prosiaczki? Bardzo dobrze, że teraz dzieci będą mogły zadać sobie takie pytanie szybciej niż ja to w swoim życiu uczyniłem.
A jednak, nawet w dużo bardziej laickim państwie niż Polska, jakim bez wątpienia są Niemcy, w grudniu 2007 roku Ministerstwo do Spraw Rodziny złożyło wniosek o umieszczenie książki na indeksie publikacji zagrażających rozwojowi dzieci i młodzieży. W uzasadnieniu podano, iż książeczka „zawiera treści, mogące przyczynić się do społeczno-etycznej dezorientacji dzieci i młodzieży”. Dziwne to moim zdaniem uzasadnienie, bo moim zdaniem przedstawiane jako "najprawdziwsza prawda" zatapianie wszystkiego przez rzekomo Miłosierną Istotę jest raczej bardziej dezorientujące dla najmłodszych. Na szczęście 6 marca 2008 roku Urząd Ochrony Dzieci i Młodzieży podanie ministerstwa odrzucił.
Tymczasem publicysta Ars Christiana pisze: "Niewinnie zatytułowana książka Michaela Schmidta-Salomona i Helge Nyncke „Jak Jeżyk z Prosiaczkiem Boga szukali i co z tego wynikło” to zwykła ateistyczna agitka. Rekomendują ją portale i środowiska zaangażowane w walkę z Kościołem i wiarą oraz promujące agresywną laicyzację." Skoro książka Michaela Schmidta Salomona jest agitką, to czym są religijne książeczki dla dzieci? Moim zdaniem książka niemieckiego humanisty nie narzuca dziecku żadnych treści. Uczy je jedynie sceptycyzmu. Niech dziecko pyta dorosłych o potop, niech każe im tłumaczyć, dlaczego brutalna ofiara z człowieka ma zbawić ludzkość, skoro samo mogłoby sobie wymyśleć boga, który zbawia sobie co chce nikogo nie raniąc, nie bijąc, nie przyprawiając o poczucie winy... Naprawdę ciężko nazwać zachęcanie do takich rozmyślań agitacją. Natomiast bez problemu można nazwać agitacją przedstawianie dziecku "do wierzenia" wszelakich mitycznych fantazji. Jeśli to, co jest przedstawione w książce, ktoś chce nazwać "agresywną laicyzacją", to jakim przymiotnikiem obdarzyć edukację religijną? Przecież to nie tylko są książki, ale lekcje religii w szkołach i przedszkolach, oraz, jeśli dziecko ma mocno wierzącą rodzinę, uczestniczenie w rytuałach religijnych nawet codziennie. Więc skoro jedna mała książeczka zyskuje miano "promującej agresywną laicyzację", to jak nazwać promowanie religii? Oczywiście wielu osobom reklamowanie wiary religijnej wydaje się tak naturalne, że nawet się nad tym nie zastanawiają. Ale może ten brak refleksji związany jest ze zdecydowanie nadmierną siłą tego promowania?
Robert Tekieli w „Gazecie Polskiej Codziennie” przedstawia argumenty innego typu : „Cała narracja zmierza bowiem do następującej pointy: »Wszystkie na tym globie wiary to hokus-pokus, czary-mary, a rabin, mufti, ksiądz i my sami – wszyscy jesteśmy 'nagimi małpami'. Tylko że oni wierzą w duchy i noszą bardzo dziwne ciuchy«. I cytat ten pokazuje również, że propaganda zazwyczaj jest bardzo niskich lotów”. Czy rzeczywiście niskich? A ilu znam chrześcijan, którzy uważają, iż na przykład hinduiści, czczący wielki penis boga Sziwy, zwany "lingamem", robią coś dziwnego? Czy voodoo to nie jest dla wielu katolików "czary mary i hokus pokus"? A przecież to też religia... Jak mądrze napisał kiedyś Richard Dawkins osobie wierzącej - "ty też jesteś ateistą, tak jak ja, tylko że ja wierzę o jeszcze jednego boga mniej...". Zaś sam wierszyk moim zdaniem ładny, dobrze przetłumaczony dzięki zaangażowaniu tłumacza książki i współwydawcy, Andrzeja Lipińskiego.
Krytycy książeczki, z braku argumentów, odnoszą się też do osobistego życia Michaela Schmidta Salomona, który ma dość niestandardową rodzinę. Krytyka byłaby może zasadna, gdyby rodzina twórcy książeczki była patologiczna i nieszczęśliwa, co zdarza się niestety często zupełnie konwencjonalnym małżeństwom. A tak, mamy argument z "krzywego nosa" czyli, "autor źle pisze, bo ma krzywy nos..." Krytycy ateistycznej książeczki dla najmłodszych nie wspominają natomiast o tym, że niemiecki humanista jest też autorem znakomitej książki "Humanizm ewolucyjny". Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów promuje obecnie książkę "Jak Jeżyk z Prosiaczkiem..." w różnych miastach w Polsce, a pierwszy był Lublin. Hasłem promocji jest pytanie "Edukacja czy indoktrynacja?", więc każdy może przyjść i przedstawić swoje zdanie. Szukajcie w sieci ogłoszeń o następnych spotkaniach i do zobaczenia!