
Niektórzy działacze świeccy stwierdzają, że propagowanie światopoglądu ateistycznego skazane jest na nieuniknione zderzenie się z nadzieją wielu wierzących na życie wieczne związane z wyznawanymi przez nich religiami. Czy jest to mur nie do przebycia?
REKLAMA
Po pierwsze błędem jest przekonanie, że większość religii stawiała i stawia na obietnicę życia wiecznego. Żyjąc w obrębie cywilizacji wywodzącej się ze Starożytnego Rzymu skazani jesteśmy na upraszczające sądy na ten temat. Faktem jest, że w pewnym momencie naszych dziejów doprowadzono do częstokroć siłowej chrystianizacji basenu Morza Śródziemnego. Tym niemniej istniały i istnieją inne religie, w których nacisk na wieczność egzystencji nie jest tak duży jak w chrześcijaństwie, lub w ogóle nie występuje.
Przestudiujmy choćby scenę z genialnej "Odysei" Homera (VIII wiek p.n.e.), w której Odyseusz wstępuje do Hadesu, aby porozmawiać ze zmarłym Achillesem. Achilles jest w tej scenie przywołany w zasadzie z niebytu i gdy może mówić (a ożywia go tylko obecność Odyseusza), stwierdza, iż jeden dzień życia na ziemi, nawet jako prosty chłop, jest cenniejszy od jakichkolwiek pośmiertnych nadziei.
"Odysie! Ty chcesz w śmierci znaleźć mi pociechę?
Walałbym do dzierżawcy iść pod biedną strzechę
Na parobka, i w roli grzebać z ciężkim znojem,
Niż tu panować nad tym cieniów marnych rojem!"
Walałbym do dzierżawcy iść pod biedną strzechę
Na parobka, i w roli grzebać z ciężkim znojem,
Niż tu panować nad tym cieniów marnych rojem!"
Na podstawie tej sceny można stwierdzić, że dzieła Homera, które były w dużym stopniu podstawą religijności Starożytnych Greków w okresie klasycznym, sugerują, iż jedyne co się liczy to życie nazwane później przez chrześcijan "doczesnym", na znak kontrastu wobec "bardziej istotnych", wymyślonych przez tę religię zaświatów.
Choć to nie do końca chrześcijanie wymyślili owe zaświaty. W przezabawnych po dziś dzień komediach Arystofanesa (ok. 446-385 p.n.e.), zwłaszcza w "Żabach", pojawiają się tzw. Wtajemniczeni, będący portretem szerzących się wówczas w Helladzie kultów misteryjnych. Owe kulty misteryjne cechował najpewniej silny nacisk na przedłużenie życia po śmierci za sprawą uczestnictwa w ofierze wybranego bóstwa, lub herosa. Najbardziej znane kulty misteryjne dotyczyły bogini Demeter i były związane z ofiarą z chleba, jak i z kultu Dionizosa, związanego z ofiarą z wina. W kultach misteryjnych istotna była ofiara z boga, lub herosa (półboga), który stawał się w ten sposób przewodnikiem do zaświatów dla Wtajemniczonych. Takimi ofiarowanymi synami istot boskich byli choćby Orfeusz i Herakles.
Fascynacji misteryjnymi kultami orfickimi uległ również Platon, żyjący u progu epoki hellenistycznej (428-348 p.n.e.). Nie dziwi zatem, że myśl Platona, zawierająca silne elementy monoteizmu, stała się ceniona (bezpośrednio, lub pośrednio) przez chrześcijan i muzułmanów średniowiecza i do niej najczęściej nawiązywano, powołując się na starożytność. Orfizm najpewniej wywarł też zupełnie bezpośredni wpływ na rozwój chrześcijaństwa.
Obok tego wszystkiego, zarówno w cywilizacji Starożytnej Grecji, jak i Starożytnego Rzymu modna bywała wiara w reinkarnację. Wśród Greków propagował ją choćby Pitagoras, zaś wśród Rzymian Owidiusz w swoich "Metamorfozach", choć oczywiście w przypadku arcydzieł tego wielkiego poety z czasów cesarza Augusta często nie możemy być pewni, czy przemawia do nas na serio, czy sobie żartuje. Wędrówkę dusz postulowały zresztą również niektóre kulty misteryjne, w tym orfickie.
Wiarę w reinkarnację po dziś dzień kultywuje spora część ludzkości - jest ona podstawą hinduizmu, buddyzmu i dżinizmu. Znajdziemy ją też w wielu innych, mniejszych religiach, ulegają jej też heterodoksyjne nurty islamu i chrześcijaństwa. Wiara w reinkarnację nie zawsze oznacza wiarę w przedłużenie swojego świadomego bytu. Często to co inkarnuje dalej (w świetle tych wierzeń), do innych bytów, nie jest w żaden sposób przedłużeniem jaźni, czego oczekuje większość wierzących w zaświaty chrześcijan. Ostateczny cel wielu szkół buddyzmu i hinduizmu też najczęściej nie jest analogiczny do chrześcijańskiego raju. Zarówno hinduistyczna moksza, jak i buddyjska nirwana to często stany oznaczające raczej rzeczywiste zakończenie, niebyt, niż rozkoszowanie się przechadzkami przy akompaniamencie anielskich chórów. Oczywiście pod wpływem licznych najazdów muzułmańskich i chrześcijańskich wiele szkół hinduizmu zbliżyło się do tychże religii i zaczęło postulować bardziej konkretną nagrodę po śmierci.
Nawet jednak w chrześcijaństwie, które jest najbardziej zaświatową z popularnych religii, temat życia pośmiertnego prawdopodobnie nie stanowił przez większość czasu istnienia tej religii najważniejszego tematu dla większości jej wyznawców. Po pierwsze ta religia była niejednokrotnie wdrażana siłą (jak nie bezpośrednio, to przez władców danego regionu, którzy ją przyjęli "w imieniu poddanych", jak nie poprzez aktywną przemoc, to przez celową marginalizację dawnych kultów, której nieodmiennie towarzyszyło niszczenie dawnych ośrodków kultowych) i długo jeszcze, gdzie niegdzie aż do czasów nowożytnych, istniały w Europie enklawy dawniejszych wierzeń. Świadomość dogmatów nawet wśród schrystianizowanych już warstw społeczeństwa była bardzo niska. Pamiętajmy, że większość osób była niepiśmienna, zaś msze odbywały się w niezrozumiałej dla prostych ludzi łacinie, co na Zachodzie zmienili dopiero protestanci. Nieco inaczej było w prawosławiu. Po drugie, jak twierdził już w XVIII wieku wielki historyk brytyjski Gibbon w swoim "Zmierzchu i upadku Cesarstwa Rzymskiego", chrześcijaństwo przyczyniło się (być może w największym stopniu) do upadku cywilizacji rzymskiej. Zwracał na to też uwagę ksiądz Salwian z Marsylii, urodzony ok. 400 roku n.e. Jakkolwiek by nie było, nastąpił kolosalny spadek jakości życia przeciętnego mieszkańca basenu Morza Śródziemnego i sądzę, iż do XIX wieku większość ludzi była zmuszona do brutalnej walki o przetrwanie z dnia na dzień, co nie sprzyja rozważaniom o transcendencji. Zimy dla wielu chłopów europejskich były prawdziwym horrorem - wielu nie miało dużych gwarancji na ich przetrwanie, zaś w narastającym do XVII - XVIII wieku feudalizmie byli oni często traktowani znacznie gorzej, niż statystyczny rzymski niewolnik. Jednocześnie śmierć otaczała ludzi ze wszystkich stron, wiele kobiet rodziło powyżej ośmiu dzieci, z których większość umierała na skutek całkowitego odrzucenia przez fundamentalistycznych monoteistów antycznych (lub lokalnie pogańskich) zalążków skutecznego ziołolecznictwa i innych zabiegów medycznych. Same kobiety też bardzo często umierały w połogu. Człowiek walczący każdego dnia o przetrwanie i otoczony następującą nader często śmiercią najbliższych, nie miał sił, ani czasu, aby snuć rajskie wizje.
Tęsknota za zaświatami była, moim zdaniem, do XIX wieku przede wszystkim rozrywką majętnych i poniekąd zblazowanych przedstawicieli cywilizacji chrześcijańskiej. Jeśli prostsze warstwy społeczeństwa, mieszczanie i chłopi, wyrażali jakąś refleksję transcendentalną, działo się to w dość bogatych regionach, czego przykładem jest choćby rozwój herezji katarów w Okcytanii. Jak wiemy, taka samodzielność myślenia kończyła się zazwyczaj tragicznie - Kościół dbał bowiem o monopol na doktryny chrześcijańskie.
Uważam, że temat zaświatów stał się w chrześcijaństwie bardziej powszechny dopiero u progu Rewolucji Przemysłowej i po przegranej, ale zmieniającej wiele epoce oświecenia. Poprawienie warunków życia i dystans do wierzeń stały się paradoksalnie okazją do bardziej powszechnych indywidualnych refleksji na temat śmierci i tego, co ma nastąpić po niej. Całkiem możliwe, że dopiero teistyczny egzystencjalizm rozwijający się w pierwszej połowie XX wieku stał się rzeczywiście popularną doktryną transcendentalną dotyczącą życia po śmierci w cywilizacji wyrosłej na ruinach Starożytnej Grecji i Starożytnego Rzymu. Przypuszczalnie nie mamy zatem do czynienia ze zjawiskiem starym, jest ono de facto nowsze od Holbacha i innych aktywnych ateistów doby oświecenia.
Wielokrotnie, w dyskusjach z zaświatowcami, czyli ze współczesnymi chrześcijanami, miałem okazję słyszeć odbicie poglądów chrześcijańskich i judaistycznych egzystencjalistów. Choćby coś takiego - człowiek odnajduje się dopiero w relacji z drugą osobą. "Ja" odnajduje się w relacji z "Ty". Dopiero jednak wieczność i nieskończoność owego "Ty" sprawia iż ta relacja staje się sensowna. Ostatecznym "Ty" jest bóg. Unamuno, chrześcijański egzystencjalista z prokatolickiej Hiszpanii Franco, ujął to jeszcze bardziej prosto: "jeśli wszystek umrę, wszystko traci sens". Nie sądzę, aby wielu polskich chłopów, starających się w XVII wieku przetrwać zimę, tak sobie myślało...
Chrześcijański egzystencjalizm wychodzi moim zdaniem z błędnych założeń. Po pierwsze to co skończone nie jest mniej warte od tego, co nieskończone (skąd w ogóle taki pomysł?). Po drugie miłość do tego co naprawdę jest, jak i zamiłowanie do prawdy o rzeczywistości mają ogromne znaczenie dla osób zdających sobie z tego sprawę. Wyobraźmy sobie malarza całkowicie przeświadczonego o swojej fizycznej nieśmiertelności. Jaką wartość mogą mieć dla niego jego dzieła, skoro płótno i farby nie będą przecież trwać zawsze, skoro idee zawsze mogą być lepsze, zaś drzewa za oknem i kot mruczący pod sztalugą obrócą się niebawem w pył? Czy w ogóle warto coś tworzyć w takim kontekście?
To pytanie dotyczy nie tylko malarstwa, ale ludzkich uczuć, ludzkich marzeń i ambicji. Każda nasza aktywność zamyka się w określonym czasie, nasze myśli też mają linearny i domknięty przebieg. Nasze uczucia narastają i opadają. Nie jesteśmy monolitami uczuć i myśli, w których panuje bezruch. Nie jest zatem dziwne, że wierzący w zaświatowe religie starają się siebie określać częstokroć "jako umarłych za (lub "dla") życia". Przeniesienie swojego istnienia do oczekiwanego, nieskończonego czasu po właściwym istnieniu, jest rzeczywiście pozbawianiem samego siebie życia. Tego życia, które jest na pewno i które jest jedyne.
W obrębie filozofii indyjskiej Krishnamurti starał się wyrwać z konieczności religijności i urojonych marzeń, choć jego koncepcje ciężko nazwać w pełni racjonalnymi. Tym niemniej zwrócił on uwagę na coś bardzo cennego. Na upojenie uczciwie odczuwaną teraźniejszością. Na dążenie do niej i stan szczęścia płynący z bycia "tu i teraz". Jest oczywiste, że uporczywa wiara w zaświaty odbiera nam teraźniejszość. Cały czas jesteśmy gdzie indziej, a owo "gdzie indziej" to nawet nie nasze własne marzenia, ale dogmatyczne wzorce różnych religii, które wielu z nas musi przyjmować bezrefleksyjnie, aby się nimi odurzyć.
Inny ciekawy argument na rzecz akceptacji naszej śmiertelności przedstawił Richard Dawkins. Zauważył on, że konfiguracji genetycznych, które mogą się złożyć na daną istotę ludzką są wręcz astronomiczne ilości. A przecież nasz gatunek wyrasta z całego procesu ewolucji naturalnej. To, że zaistniałem ja, czy Ty, drogi Czytelniku (droga Czytelniczko) było jedną szansą na miliardy trylionów szans. Dlatego każda nasza chwila jest cenna, wyjątkowa i niepowtarzalna. Nie warto takiej chwili zapełniać byle czym, a zwłaszcza złudzeniami i to nawet nie naszego autorstwa. Jesteśmy przecież pierwszym gatunkiem zwierząt na planecie Ziemia, który wyjrzał daleko w kosmos i już w dużej mierze zrozumiał swoją własną genezę. Przez nas ślepy proces ewolucji niejako spojrzał sam na siebie. Uważam, że to piękna i głęboka myśl. Jesteśmy wyjątkowi, również dzięki naszej śmiertelności, bo bez niej by w ogóle nas nie było. Byłaby tylko pustka pełna prostych, nieśmiertelnych form. Zapewne jednokomórkowych...
Inny ciekawy argument na rzecz akceptacji naszej śmiertelności przedstawił Richard Dawkins. Zauważył on, że konfiguracji genetycznych, które mogą się złożyć na daną istotę ludzką są wręcz astronomiczne ilości. A przecież nasz gatunek wyrasta z całego procesu ewolucji naturalnej. To, że zaistniałem ja, czy Ty, drogi Czytelniku (droga Czytelniczko) było jedną szansą na miliardy trylionów szans. Dlatego każda nasza chwila jest cenna, wyjątkowa i niepowtarzalna. Nie warto takiej chwili zapełniać byle czym, a zwłaszcza złudzeniami i to nawet nie naszego autorstwa. Jesteśmy przecież pierwszym gatunkiem zwierząt na planecie Ziemia, który wyjrzał daleko w kosmos i już w dużej mierze zrozumiał swoją własną genezę. Przez nas ślepy proces ewolucji niejako spojrzał sam na siebie. Uważam, że to piękna i głęboka myśl. Jesteśmy wyjątkowi, również dzięki naszej śmiertelności, bo bez niej by w ogóle nas nie było. Byłaby tylko pustka pełna prostych, nieśmiertelnych form. Zapewne jednokomórkowych...
Najtrudniejszym aspektem naszej śmiertelności jest to, że co jakiś czas musimy być świadkami śmierci osób nam drogich. Uważam, że myśl o zaświatach w takich sytuacjach bardzo często zdradza swoją tylko i wyłącznie pozorną moc pocieszającą. Przypomina mi się dyskusja Browna (obnażającego "media i wróżbitów" iluzjonisty - racjonalisty) z Dawkinsem, w której pojawił się przykład ezoterycznych zgromadzeń, w których mistrz od zimnego odczytu (oszustwo sprawiające, iż mamy wrażenie, iż ktoś jest w stanie posiąść w paranormalny sposób wiedzę o nas i o naszych bliskich) wywołuje duchy umarłych osób dla tych, którzy przyszli. W ten sposób można się łudzić dalszym istnieniem zmarłej osoby przez długie lata, płacić oszustowi, być też skazanym na ciągły ból fałszywej nadziei związany z podtrzymywanym za pieniądze przez oszusta brakiem pogodzenia się ze śmiercią bliskiej osoby. Takie praktyki są w zasadzie legalne, a uważam, iż nie powinny być, gdyż jest to autentyczne krzywdzenie ludzi.
Z pewnością realistyczny stosunek do zagadnień życia i śmierci pomaga bardziej cieszyć się życiem i łatwiej akceptować nieuniknioną śmierć wielu bliskich nam osób. Moja droga do aktywnego ateizmu była związana również ze śmiercią mojej matki. Wielu wierzących przyjaciół pocieszało mnie wówczas słowami typu: "twoja matka patrzy na ciebie teraz z nieba", "ona czuwa nad tobą" etc. Oczywiście chcieli dobrze, ale we mnie wywoływało to bunt. Czułem, że to, kim była moja matka stało się elementem jakiejś fałszywej gry mającej na celu tylko i wyłącznie wybrnięcie z trudnej emocjonalnie sytuacji i mój własny egoizm. Niniejszy artykuł poświęcam zatem pamięci mojej śmiertelnej matki.
Materiały:
