Fryderyk Chopin, było nie było, obywatel Europy
Fryderyk Chopin, było nie było, obywatel Europy Jacek Tabisz

Pozornie nie ma żadnej korelacji między patriotyzmem, a ateizmem. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę nacjonalizm, sprawa nie jest taka prosta, uważam wręcz, że racjonalny ateizm i nacjonalizm niezbyt mają ze sobą po drodze.

REKLAMA
Za racjonalny ateizm rozumiem świadomy ateizm polegający na uczciwej interpretacji świata, który nas otacza i odrzuceniu, w związku z nią, religijnych legend i dogmatów. Są oczywiście inne typy ateizmu - można po prostu urodzić się w ateistycznej rodzinie i nigdy nie weryfikować na bazie przemyśleń swoich ateistycznych tradycji rodzinnych, można też być ateistą emocjonalnym, który po prostu obraził na obowiązującą na danym terenie religię (a raczej jej "funkcjonariuszy"), lecz nie wzbogacił tej swojej decyzji o głębszą refleksję. Dla wielu osób ateizm stanowi też zupełnie poboczną część ich ogólnego światopoglądu, racjonalnego lub też nie. Dlatego znajdziemy z pewnością trochę ateistów wśród księży (choć wbrew powszechnej plotce, nie uważam, że w większości wypadków), wśród polityków prawicowych powołujących się z zapałem na religię i również wśród nacjonalistów. Z ateizmu bez przemyśleń, lub chowanego w cieniu na rzecz innych celów życiowych, oczywiście nic nie wynika. Inaczej jest w przypadku świadomych swojego światopoglądu racjonalnych ateistów.
Za przemyślanym wewnętrznie ateizmem idzie nader często humanizm świecki. Jednym z kamieni filozoficznych humanizmu świeckiego są prawa człowieka, bez względu na jego rasę, narodowość, płeć, kolor skóry i orientację seksualną. Dla świeckich humanistów narodowe idee i religijne tradycje są zdecydowanie na drugim miejscu wobec wartości samej istoty ludzkiej i jej prawa do szczęścia, zdrowia i wolności.
Nacjonalizm, odwołujący się do narodowych stereotypów jest siłą rzeczy antyindywidualistyczny. Ciężko się zgodzić bez tego z tezą, że każdy Polak jest bliższy sercu przeciętnego współrodaka, niż każdy Francuz, czy Chińczyk. Można przecież zaprzyjaźnić się z Francuzem, ożenić z Chinką, a zostać okradzionym i pobitym przez bandę rodaków.
Silny nacjonalizm ma też w sobie coś z religii, a w skrajnych przypadkach jest po prostu religią. Podobnie jak katolicy wierzą w święte obrazy i symbole chrześcijaństwa, tak samo nacjonaliści wierzą w ikony narodu. Tworzy to świat myślenia magicznego, odniesienia się do znaków i rytualnych gestów, nie różniący zanadto religii (tej, czy innej) od nacjonalizmu. Nie dziwne zatem, że religie współgrają często z nacjonalizmami. Nie brakuje ludzi twierdzących, iż "prawdziwy Polak" to katolik, podobnie jak i ludzi twierdzących gdzie indziej na świecie, że "prawdziwy mieszkaniec Indii to sziwaista", lub "prawdziwy Lankijczyk to buddysta".
Owo współgranie religii z nacjonalizmami jest dość irracjonalne, gdyż przecież Polska w swej tysiącletniej historii toczyła wojny głównie z chrześcijanami, w tym, żeby nie było już żadnej wątpliwości, również z katolikami. Kiedyś zdarzyło mi się napisać opowiadanie o II Wojnie Światowej, w którym niemieccy żołnierze modlili się z niemieckim księdzem przed przystąpieniem do ataku. Przez wielu polskich czytelników było to potraktowane jak bluźnierstwo, ale przecież takie sceny się w rzeczywistości zdarzały. Wszystkie mocarstwa, które dokonały rozbiorów Rzeczpospolitej były chrześcijańskie, w tym jedno było katolickie. Jaki zatem sens ma łączenie nacjonalizmu, a zwłaszcza patriotyzmu, z religią chrześcijańską, czy - zawężając - katolicyzmem? Irracjonalne powiedzonko "Polak to katolik" wynika tylko i wyłącznie z podobnego myślenia magiczno - symbolicznego, jakie zachodzi zarówno w nacjonalizmie, jak i w religii katolickiej.
Racjonalni ateiści, którzy sprzeciwili się czynnie myśleniu magicznemu budującemu indywidualną i społeczną religijność, będą również dość odporni na podobne zjawiska kreujące nacjonalizm. Czy można zatem większość z nas pozbawić w związku z tym miana patriotów?
Myślę że nie, a często jest wręcz przeciwnie - racjonalni ateiści są większymi patriotami od nacjonalistów. Patriotyzm oznacza przecież szacunek dla naszego państwa, nie zaś dla religii, czy narodu. Osoba, która na bazie swojego nacjonalizmu zwalcza czarnoskórych Polaków, Polaków o żydowskich, czy zagranicznych korzeniach, zwalcza w imię nacjonalizmu obywateli Polski. Ktoś, kto bez powodu prześladuje obywateli polskich nie jest w żadnym razie polskim patriotą. Mało jest również patriotyzmu w braku akceptacji wobec faktu, że część Polaków to homoseksualiści. Tym bardziej słuszne są obawy dotyczące zawłaszczania Święta Niepodległości przez skrajne ruchy nacjonalistyczne.
Nacjonalizm oznacza również pogardę dla historii naszego kraju, a przecież patriota powinien raczej ją szanować. Przez większą część czasu nasze państwo istniało jako twór wielonarodowościowy i wielowyznaniowy. Nie przypadkowo nasz największy romantyczny wieszcz pisał w swoim najpopularniejszym dziele "Litwo, ojczyzno moja!". Oczywiście nie tylko Litwini i Rusini zamieszkiwali Pierwszą Rzeczpospolitą. Współobywatelami naszych przodków byli w ogromnej ilości Żydzi, Niemcy, Ormianie, Włosi, Szkoci, Irlandczycy i Tatarzy.
Obecnie, przemieszczając się po Wrocławiu, cieszę się, że coraz więcej ludzi z różnych stron świata mieszka w moim mieście. Czuję się, jakbym wrócił do złotego wieku Rzeczpospolitej i sądzę, że jest to dość patriotyczne uczucie. Z perspektywy racjonalnej pojawiają się oczywiście w mojej głowie pytania dotyczące tego, jak istotną pozycję w hierarchii wartości powinien zajmować kraj jako taki. Cieszę się na pewno z jednoczenia się Europy, bo tylko razem coś na świecie znaczymy. Jest to też paradoksalnie silny bodziec dla rozprzestrzeniania się kultury polskiej po świecie. Nie przypadkowo przecież brytyjscy melomanii zachwycają się Szymanowskim, a w księgarni w Barcelonie można kupić edycje dzieł wszystkich Lema czy Gombrowicza po hiszpańsku.
Oczywiście nawet patriotyzm nie może być zjawiskiem w pełni racjonalnym. Wielokroć wspominając historię naszego kraju zastanawiałem się, czy w każdym jej momencie warto było ginąć po prostu za to, żeby następne pokolenia mówiły po polsku. Nasz język jest piękny, piszę w nim wiersze, ale jednak nie jest, z racjonalnej perspektywy, cenniejszy od ludzkiego życia. Tym niemniej nie zawsze chodziło tylko o obronę danej kultury - niedawno miałem okazję oglądać film "Baczyński" Kordiana Piwowarskiego. Nasz wielki poeta był w nim przedstawiony jako świecki humanista, który jednak w pewnym momencie wybrał czynną walkę za swój kraj. W tej sytuacji, gdy Polacy i Żydzi (główni mieszkańcy ówczesnej okupowanej Polski) traktowani byli jako podludzie, lub (w drugim wypadku) nie-ludzie, walka była w pełni uzasadniona. Nie chodziło tylko o język i kulturę, to była skrajna sytuacja.
Będąc racjonalnym ateistą i patriotą (co jak sądzę jest częstym zjawiskiem) czuję ogromny sentyment do polskiej kultury i godzę się na pewną, niegroźną baśniowość z nią związaną. Weźmy choćby muzykę Chopina. Stała się ona ikoną polskości w sferze sztuki dźwięku. A przecież rządził tym przypadek. Chopin inspirował się głównie ludową muzyką okolic Warszawy, zaś jego smak miał w sobie jednak coś francuskiego, co nie dziwne u człowieka, który miał ojca Francuza (choć wielkiego polskiego patriotę) i który większość dorosłego życia spędził we Francji. Chopin komponował wspaniałe mazurki i polonezy, choć dziś zapominamy, iż źródło poloneza pochodziło być może z podbitej przez Hiszpanów Ameryki Środkowej i dotarło do nas przez chaconnę i pasacaglię. Drugi pod względem światowego uznania polski kompozytor, Karol Szymanowski, w swoim trzecim okresie twórczości zajął się "stylem narodowym", jednakże inspiracje do niego oparł głównie na muzyce podhalańskich górali, którzy mieli swe korzenie na Węgrzech. Żeby było zabawniej twórcą węgierskiej muzyki narodowej był Ferenz Liszt, który nie mówił w ogóle po węgiersku i swoją narodową inspirację zaczerpnął nie od Węgrów, lecz od Romów. Dopiero Bartok i Kodaly zaczęli przedstawiać światu muzykę rzeczywistych Węgrów. Pomyślmy, jak inaczej brzmiałyby "polskie brzmienia", gdyby Chopin był z Przemyśla, a Szymanowski z Gdyni... Albo gdyby Chopin miał ojca Szkota i ruszył na emigrację do Edynburga... Tym wszystkim rządził przypadek, spleciony z losów różnych ludzi i różnych nacji.
Na zakończenie życzę nam wszystkim udanego Święta Niepodległości i żebyśmy nie dali sobie wmówić, że prawdziwy Polak nie może być czarnoskóry, nie może być gejem i że musi wyznawać katolicyzm. Prawdziwy Polak może być również euroentuzjastą przekonanym, że w jedności siła, zaś Chopin (byle nie Jan Paweł II!) na monetach euro, które pewnie kiedyś nam nastaną, też będzie wizytówką naszej kultury. Może i Kopernik się tam nada, jako sławny obywatel Królestwa Polskiego mówiący po niemiecku.