
„Poślizgnąłem się na podkładzie pomiędzy szynami. Przez milisekundę widziałem na czym. Kilkanaście lat trwało wypieranie z pamięci, że był to ludzki mózg.”
REKLAMA
40 lat temu, 19 sierpnia 1980 r., ok. 5:00 w pokoju akademika, w którym wówczas mieszkałem zacharczał „Kołchoźnik” - głośnik podpięty do mikrofonu w portierni. Komunikat był prosty: mam natychmiast zejść na dół.
Przed wejściem stał samochód służbowy Dziennika Toruńskiego „Nowości” z kierowcą. Redakcyjny kolega, wtedy reporter-stażysta przekazał, mi komunikat Redaktora Naczelnego, Zefiryna Jędrzyńskiego. Też prosty:
- Między Otłoczynem a Brzozą Toruńską doszło do katastrofy kolejowej. Mamy natychmiast tam jechać.
Ogarnąłem się w 5 minut: torba fotograficzna, aparat, filmy, lampa błyskowa, notatnik. I taka myśl: dlaczego „Naczo” wysyła też mnie, studenta-stypendystę gazety?
O 5:30 byliśmy na miejscu. Dokładnie godzinę po tym jak doszło do katastrofy. W miejscu gęsto zalesionym, pagórkowatym, gdzie trudno dojechać. Na odsłoniętym wzniesieniu niewielka grupka gapiów pilnowanych przez milicjantów. Stąd widać skalę skutków zderzenia dwóch pociągów. Osobowego i towarowego. Ustalamy:
- Idziemy osobno, w przeciwnych kierunkach. Szybciej zorientujemy w sytuacji i zbierzemy różne informacje. Każdy zrobi swoją relację.
Tego nie można było nazwać „akcją ratunkową”. Grupa strażaków tak naprawdę do dyspozycji miała tylko swoje „gołe ręce”. Niektórzy toporki, bosaki, jakieś łomy – to co rutynowo jest w wozie strażackim. Ich działaniami stara się kierować – jak się zorientowałem – oficer z jednostki wojewódzkiej. Milicjanci są wokół, ale nie angażują się czynnie w akację ratowniczą.
- Co oni wygarniają rękami z tego zgniecionego jak pudełko po papierosach wagonu? – Przyglądam się uważniej. – Chryste, to niemożliwe, żeby…
Tak. To były ludzkie wnętrzności, rozerwane szczątki, kawałek dziecięcej nóżki z bucikiem.
Zdeformowane ciała i ich fragmenty składane są na pobliskiej górce. Na trawie. Bez żadnego okrycia. Nie ma żadnych worków. Jedno ciało przy drugim. Fragment przy fragmencie.
Chodzę z aparatem wzdłuż obu składów. Rozpytuję. Przypatruję się. Nie fotografuję wszystkiego, co widzę. Nic, absolutnie nic mnie do tego nie uprawnia. Kwestia etyki? Moralności? Szacunku? Poczucie człowieczeństwa? Nie wiem, ale nie można tego robić. Bo widzę zbyt dużo rozerwanych w ciągu kilku sekund ludzkich bytów.
Poślizgnąłem się na podkładzie pomiędzy szynami. Przez milisekundę widziałem na czym. Kilkanaście lat trwało wypieranie z pamięci, że był to ludzki mózg.
Z godziny na godzinę obraz zaczyna się zmieniać. Pojawia się coraz więcej ratowników, karetek pogotowia ratunkowego. Są duże czarne worki na zwłoki. Ale nie ma rękawiczek dla strażaków, ratowników z PKP i innych służb.
Informacji jest dużo, ale wszystkie nieformalne, w trybie przypuszczającym, czyli: „Podobno”. Źródła nieznane. Nikt niczego nie potwierdza. Osobowy relacji Toruń – Łódź Kaliska miał jechać z prędkością 50 km/h a towarowy z Otłoczyna do Wrocek, tylko 30 km/h.
- Czy to możliwe, żeby sumaryczna prędkość 80 km/h dwóch pociągów mogła oba składy tak doszczętnie zniszczyć? -
Akurat ta informacja została później potwierdzona w oficjalnym komunikacie. Do dziś nie pojmuję, że tyle wagonów dających pasażerom poczucie bezpieczeństwa może w ciągu kilkunastu sekund zostać zgniecionych lub wyrzuconych pod las. Że wagony towarowe, niemal synonim mocnej konstrukcji, mogą rozczłonkować się na osobne osie, koła, bufory. Że przy „tak niewielkich” prędkościach to wszytko zmienia się w stalowy niebyt.
***
Rozmawiam z komendantem Wojewódzkiej Komendy Milicji Obywatelskiej. Przypadek sprawia, że słyszę w krótkofalówce przekazywaną z Warszawy informację poufną:
- Pierwszy sekretarz i premier lecą śmigłowcem na miejsce katastrofy. Za piętnaście minut mogą być u was.
Dla nas dziennikarzy ta widomość ma wagę ciężką. Odszukuję kolegę:
- Gdzie jest Mirek?
- Porzygał się i poszedł do samochodu.
- Porzygał się i poszedł do samochodu.
Kierowca służbowego auta wymusił na milicjantach swoim nadzwyczajnym sprytem podjechanie tak blisko, „że bliżej już się da”. Umawiamy się: „nigdzie się stąd nie ruszasz”.
Niespełna pół godziny później nadlatuje helikopter. Pilot krążąc wypatruje miejsca do lądowania.
Ze śmigłowca wysiada „jeszcze” I Sekretarz KC PZPR, Edward Gierek, za nim „jeszcze” Prezes Rady Ministrów, Edward Babiuch i czterech ochroniarzy. Od pięciu dni w stoczni gdańskiej trwa strajk, ale informacje przekazują jedynie Radio Wolna Europa i Głos Ameryki. W mediach partyjnych mówi się o „przestojach w pracy” i nawołuje do ich przerwania.
Wokół oficjeli natychmiast tworzy się szczelny krąg osób w cywilnych ubraniach. Teraz widać ilu funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa było wśród obecnych w tym miejscu.
W trakcie oprowadzania po miejscu katastrofy ktoś z dowodzących akcją pyta ochroniarza o plany towarzyszy. Dowiaduję się, że odwiedzą rannych w szpitalu.
***
- Mirek gaz do dechy! Do szpitala na Bielanach.
Bardzo dobrze znany mi dyrektor, Wojciech Dziewulski decyduje:
- Dostaniesz biały fartuch i stetoskop na szyję. Pójdziemy ich powitać.
Przylecieli helikopterem.
- To ścisły zarząd szpitala – Dyrektor Dziewulski wskazuje na cztery osoby i mnie wśród nich.
Zanim zaczęła się rutynowa troska polityków o zdrowie rannych doszło do incydentu przed windą obsługiwaną przez pracownika.
Do windy wszedł Gierek, Babiuch, Dyrektor, jego zastępczyni i ja. Próbował ochroniarz, ale pracownik gwałtownie zaciągnął rozsuwaną, metalową kratę.
- Tylko sześć osób. – Powiedział stanowczo zdumionemu ochroniarzowi i wcisnął przycisk.
- Które piętro? – Krzyknął ochroniarz.
- Siódme.
- Które piętro? – Krzyknął ochroniarz.
- Siódme.
Kiedy winda wjechała na piętro wszyscy czterej ochroniarze stali już przy jej drzwiach.
***
Dyrektor Dziewulski załatwia mi jeszcze jedno: mogę jechać do prosektorium. Pojechałem. Zobaczyłem wszystko. Ale Naczelny „Nowości” wykreślił tę część mojej relacji. Wtedy nie mogłem mu tego darować. Dziś na jego miejscu zrobiłbym to samo.
Prosto z prosektorium jadę do Urzędu Wojewódzkiego. Tam ulokowano sztab kryzysowy. Dwa biurowe pokoje i nie wiadomo ile w nich osób, bo ciągle ktoś wchodzi, ktoś wychodzi.
Na pewno są trzy osoby przy trzech telefonach – uruchomiono trzy linie informacyjne dla rodzin i bliskich.
Na pewno są trzy osoby przy trzech telefonach – uruchomiono trzy linie informacyjne dla rodzin i bliskich.
Telefony dzwonią bez przerwy. Najpierw pytanie o imię i nazwisko. Potem szukanie na liście „dłuższej”, rannych. Zidentyfikowanych jest 57 osób. Jeśli nazwisko jest na tej liście widać ulgę na twarzy informującej. Na „krótszej” są 54 nazwiska osób z ustaloną tożsamością, które zginęły. Wiem – byłem w prosektorium – że ta lista się wydłuży. W wielu przypadkach rodziny będą musiały rozpoznawać swych bliskich wyłącznie po przedmiotach jakie znaleziono przy szczątkach.
***
Potem szybko do redakcji. Czekają na nasze teksty. Już prawie noc, kiedy kończymy pisać swoje relacje. Zaraz zadzwonimy do „nocnej”, kierowca przyjedzie po maszynopisy.
Potem szybko do redakcji. Czekają na nasze teksty. Już prawie noc, kiedy kończymy pisać swoje relacje. Zaraz zadzwonimy do „nocnej”, kierowca przyjedzie po maszynopisy.
Naprzeciw była restauracja z dancingiem. Poszliśmy. Przy barze walimy po trzy sety. Jedna po drugiej. Jak furmani – szybko i na stojąco. Powrót do domów na trzeźwo nie byłby możliwy.
*
Na miejscu zginęło 65 osób, dwie następne zmarły w szpitalu. 64 osoby zostały ranne.
*
Na miejscu zginęło 65 osób, dwie następne zmarły w szpitalu. 64 osoby zostały ranne.
Zdjęcia publikowane po raz pierwszy. Foto: Jacek Waloch
