Rozmowa Ms Higway i dr Jacka Wasilewskiego o filozofii niegotowania.

REKLAMA
Ms Highway: Muszę się z czegoś zwierzyć, choć może to być szokujące: jestem kobietą która nie gotuje. Je, ale nie gotuje. A w osaczającej mnie kuchenności dostrzegam instytucję totalną. Jeszcze niedawno wydawało nam się, że jeśli ktoś je na mieście, to mówi: stać mnie, w dodatku to ktoś inny się brudzi i męczy, ja tylko cieszę się tym, że jem, ktoś oszczędza mój czas i utwierdza mnie w tym, że nie muszę tego robić, bo zapracowałam.
Jacek Wasilewski: Aż tu nagle budzimy się z nosem w plastikowym pudełku od chińczyka: okazało się, że jedzenie na mieście kojarzone jest z homo faber. Z tych Polaków, którzy jedzą na mieście jedna trzecia Polaków to klienci pizzerii, a jedna piąta fastfoodów. Nie mają oni czasu naprawdę i dogłębnie konsumować, tylko ślizgają się po powierzchni parówki, nie mogąc zbudować rodziny ani własnej kuchni.
Jakie wartości intelektualne znikają przy gotowaniu
Ms Highway: Tak więc klasa średnia, zapatrzona w pisemka z francuskimi domkami mającymi stanąć w miejsce zgrzebnych działek, zagoniła się z powrotem do kuchni i to własnej, żeby żyć slow. Gotowanie to jak wakacje, kaprys, chęć dzielenia się z przyjaciółmi. Oznacza coś więcej niż homo faber. O jedzeniu nagle zaczęło się dużo pisać, stało się doznaniem estetycznym. Zdjęcie to najważniejszy element przepisu. Mięsny jeż bywa obciachowy właśnie z tego powodu, że nie liczy się w jedzeniu wystawność, ale styl klasowy.
JW: Atakująca klasa średnia i jej demokratyczne ideały gloryfikują kuchnię jako miejsce szczerości, prawdy i niewymuszonego luzu. Salon zanikł. Do salonu jedzenie wnosiła służba, w salonach przede wszystkim dyskutowano, flirtowano, knuto, jedzenie było tylko dodatkiem. W salonie liczą się umiejętności dobrania tematu rozmowy, savoir vivre, gry towarzyskie, ale nikt nie wnikał w sposób przyrządzenia eskalopków. Dziś w centrum jest kuchnia - życie koncentruje się wokół konsumpcji, potrawy i rozmów o niej. Od połowy XX wieku mamy wyraźny spadek w mediach używania słów dotyczących życia duchowego, na rzecz konsumpcji i wyglądu - ludzi i jedzenia. Dziś salonem nazywa się programy w telewizji, gdzie dyskutują jajogłowi o polityce; ciężkie sprawy. Natomiast kuchnia to oaza smaku i radości, którą on daje. Przeżywamy posiłek, spełniamy się w przeżuwaniu.
Kuchnia jest produktowa
Ms.Highway: Ten posmak służby widać w unikaniu słowa kucharka - o mężczyźnie mówi się kucharz (bo to kompetencja), ale o kobiecie np Nigelli Lawson - nigdy kucharka (bo to praca). No i w kuchni cieszymy się, że mamy ostry nóż i nowy mikser oraz własnoręcznie wyhodowaną bazylię, w salonie cieszymy się, jeśli rozmowa jest podniecająca, poznamy kogoś nowego, słyszymy komplementy, flirtujemy.
JW: Skoro wszyscy cieszą się produktem, a estetyka konsumpcji urasta do wartości samej w sobie, kto ma dziś czas albo kompetencje cieszyć się toastem, jeśli nikt nie potrafi go wygłosić? Grzebiemy widelcem w sosie i rozmawiamy o produktach. Nawet Facebook jest serwowaniem fastfoodów z menu popkultury; widzimy trawiące flaki łatwo przyswajalnych teledysków.
MS. Highway: W takim razie co robisz na FB i w kuchni?
JW: W kuchni w latach 80. i 90. przede wszystkim się piło. Kuchnia była salonem opozycyjnym i integratorem imprezowym. W kuchni były długie nocne Polaków rozmowy, dopóki nie zniszczył tego rynek i nie zapełniła się lodówka. Naszymi totemami był zarówno w kuchni jak i w salonie stół. Teraz jest są lodówka i telewizor. Dlatego wyrazem rozwoju duchowego jest głodówka. Ale w naszej kulturze nawet głodówka kręci wokół jedzenia i jest po prostu jadłowstrętem. Jedzenie trzeba kochać albo nienawidzieć. Wychodząc z kuchni nie możemy się znaleźć w salonie, ale w jakiejś antykuchni.