O autorze
Specjalista od retoryki i narracji a także od pokrętności naszej kultury. Pracuje z: ludźmi reklamy i marketingu w zakresie narracji popkulturowych, z prawnikami, politykami oraz tzw. zarządami na polu wystąpień publicznych. W czasie drugich śniadań tłumaczy i pisze książki: ma za sobą Storytelling, Retorykę dominacji, a przed sobą Retorykę narracji. Na Uniwersytecie Warszawskim jest kierownikiem specjalności "Dokumetalistyka".

Ms Highway:
Uważna obserwatorka, która potrafi dostrzec wymiar polityczny w gastronomii i modzie, gdyż zna wagę różnych interesów. Na co dzień pracuje w mediach, a po godzinach to analizuje, co prowadzi do dziwnego rozdwojenia końcówek jaźni.

Jedzenie liczb

Najpiękniejszą stroną filmów typu: “Jedz, módl się i kochaj” jest to, że przestaje się liczyć czas i przeliczać kalorie. Upływ czasu mierzy się nie zegarkiem, ale okresami między spotkaniami z ukochanym. Ani twoje BMI, ani zarobki nie wyznaczają wartości życia. To jest prawdziwa, wspaniała chwila wolności.


Jacek Wasilewski: ... bo na co dzień wszystko się przelicza. Przecież nawet w McDonaldzie przelicza się porcje (podwójny, potrójny), a na tacy masz wypisane kalorie i możesz łatwo sprawdzić, jak duży grzech kulinarny dziś popełniłaś. Jedzenie staje się jakąś niezdrową zdradą.


MS Highway: A opróżnianie żołądka przy pomocy piórka, żeby mieć siłę dalej pochłaniać prosiaka, było zdrowsze? Myślisz, że dlaczego ludzie żyli krócej? Główne ruchy, jakie wykonywali, to gest podniesienia kielicha albo udźca do ust. Wiem, że jesteś admiratorem staropolskiej biesiady, ale ja tego nie kupuję. Jeśli wiesz, ile jesz i ile energii sobie dostarczasz, wiesz też, co możesz z nią zrobić. Prosty przykład - grzech nadprogramowego hamburgera to godzina średnio intensywnego joggingu. Nie odmawiasz sobie przyjemności, ale dozujesz ją tak, żeby Cię nie zabijała. Rozsądne? To właśnie ten wspólny mianownik między gotowaniem i bieganiem - dzięki niemu świadomie dysponujesz swoim ciałem.




Jacek Wasilewski: "Dysponujesz" ciałem, ale nim nie jesteś, tak? Czy jemy tylko po to, żeby móc to szybko spalić biegając? Przez miliony lat ewolucji było odwrotnie: biegaliśmy po to, żeby coś zjeść. Dziś zjedzenie pączka jest grzechem i trzeba się zań ukarać dłuższym fitnesem. Takie bieganie to już nie jest radosny pląs z siatką na motyle (też się można spocić), to już nie jest zabawa, to jest zakon kaloryczny. Jak łatwo osunąć się w piekło drugiego pączka! Dziś jedzenie stało się bieganiem a rebours: liczymy dystanse, żeby było coraz więcej metrów, i liczymy kalorie, żeby było ich coraz mniej. Znika magia pogoni za gazelą czy piłką. Pozostaje matematyka.


Ms Highway: Wzruszyłam się, jesteś taki romantyczny. A gdzie Ty ostatnio w mieście widziałeś motyla? Nie ma motyli, więc nie ma za kim biegać, biegiesz przed siebie - po prostu: żeby się zrelaksować, żeby osiągnąć wyznaczony dystans/cel, żeby móc wchodzić po schodach bez zadyszki. I jedzenie, i bieganie są inwestycjami we własne ciało. Jedzenie jest przyjemniejsze, jeśli nie pasiesz się listkiem sałaty, bo jesteś na diecie, ale masz smaczne zbilansowane posiłki, bo energia, którą Ci dają, nie osadza się na Twoim ciele jak opony na maskotce Michelin, tylko zużywasz ją w ruchu, który daje Ci przyjemność. Ta dość ekonomiczna równowaga to przecież nic innego jak arystotelesowy złoty środek. A oni w Grecji leżeli i jedli, ale też sporo biegali.

Jacek Wasilewski: Nie widzisz kryzysu człowieczeństwa, kiedy wszystkie smaki świata sprowadzają się do jednego - do kalorii. Człowiek-maszyna wymienia niebiańskie chrupiące przepiórki na rozgotowaną pulpę, która ma mniej kalorii. Zobacz, jak przez to zmienia sie kultura - dziś podarować komuś tort to terroryzm: bo to bomba kaloryczna. Musielibyśmy chyba kogoś nienawidzić. Wyobrażam sobie te męki Tantala: tortu nie można wyrzucić, bo to dar. Tam tort, tu ambicja zakładania ubrań o małych numerach. I nagłe przełamanie, palce lgną do tortu, zanurzają się w czekoladowej masie, oblizywane przez język błądzący po orzechach. Taki dar to jakby podkładanie świni, która wniknie w tyłek i pogrąży naszą przyjaciółkę, a nam pozwoli tryumfować chudszą pupą.

Ms. Highway: Na szczęście oboje wiemy, że nawet jeśli panna ma tłustszą pupę, zawsze znajdzie się amator na wyhodowane krągłości. Myślę, że trochę przesadzasz. Kobiety kontrolują swoje ciało, to fakt, ale jeśli popatrzymy na naszych znajomych po 30-tce, to dużo więcej wśród nich zadbanych szczupłych i uśmiechniętych kobiet, niż facetów. Oni przede wszystkim trenują spacer do lodówki i rozciąganie na kanapie. Oto skutki. Następnym razem mocno się zastanów, zanim spojrzysz na dziewczynę na bieżni z politowaniem. Poza tym wierz mi, że jak już się tak pocimy i biegamy, to w tym czasie np. oglądamy wiadomości, także jest ta Twoja umiłowana równowaga rozwoju intelektu i ciała.

Jacek Wasilewski: Skoro jesteś taka ekonomiczna, to mam pomysł marketingowy: restauracje pierwotne, coś w rodzaju IKEA - trochę się kupuje, ale też trochę samemu robi. Tak więc wchodzę do restauracji, zmieniam obuwie na sportowe lub na boso, tam w hali brykają króliki (w sali wegeriańskiej byłoby łatwiej, trzeba by doskoczyć do jabłka lub wspiąć się po banana). Byłby licznik kalorii wydatkowanej na zdobycie jedzenia (za wysiłek się przecież płaci na siłowni) i potem kucharz by to przyrządzał, podczas gdy my byśmy dyszeli i uspokajali tętno. Kto grubszy, ten dłużej łapie. Można by mieć personalnego trenera od łapania kury. Odstresowujące mogłoby być też szlachtowanie, to trochę jak gra w tenisa.

MS Highway.: Może się zdziwisz, ale ja ten pomysł kupuję - generalnie ludzie hasaliby u nas cały dzień, w korporacji mogliby się pochwalić, że spędzają czas aktywnie i niebanalnie, a przy okazji my byśmy na tym zarobili tyle, że nasze kanapowe rozmowy o życiu moglibyśmy wieść na australijskiej plaży albo jeszcze bardziej hipstersko - na jakiejś rumuńskiej czy słoweńskiej wsi. Tam ja mogłabym biegać za motylem, a Ty pędzić koniem do celu, np. po pączki w nieopresyjnych kalorycznie warunkach.