Biegacze to narcyzi, skoncentrowani przede wszystkim na sobie i własnych “osiągach”. Ale może oprócz narcystycznego przemieszczania się tu i tam, które ma zbudować estetyczny mięsień czy dobre samopoczucie, moglibyśmy spróbować biegać jeśli nie dla narodu, to w jakimś bardziej zbożnym celu.

REKLAMA
JW: Wyjściem jest tu pielgrzymka. Właściwie pielgrzymka bardziej dotyczy chodziarzy, ale można przypuszczać, że marszobieg, a nawet wspólny bieg, by nie zaszkodził. Czy to nie wspaniałe, mknąć w pielgrzymce budując krzepę na chwałę kogoś innego poza sobą samym? Jeśli jest pielgrzymka na wrotkach, narodowy bieg powszechny w stronę Częstochowy przydałby gnębionemu wybrykami apostatów kościołowi paru nowych członków. No i porządne bieganie jest bardziej umartwiające niż chodzenie, jeśli już trzeba złożyć z siebie ofiarę. 
logo
www.sxc.hu

Ms. Highway: Bieganie wcale nie jest umartwiające, to praca nad sobą, a w większości religii chodzi o to, żeby pracować nad sobą - czy we wspólnocie, czy poza nią, czy dla jej dobra, czy dla własnego - to już rzecz wtórna. Biegacze nie są egoistami, mają też spory dystans. Nie tylko przebyty, ale do samych siebie - widziałeś doroczny bieg świętych mikołajów albo biegaczy w przebraniach np. z Gwiezdnych Wojen na różnych maratonach? To prawda, bieganie słabo pasuje do katolicyzmu, bo nie ma tu wybaczania, nadstawiania drugiego policzka. W Nowym Testamencie nie ma nic chyba o biegaczach. Ale widzę, że Ty już się rozmarzyłeś.
JW: Wyścigi pielgrzymkowe mogłyby stać się naszym narodowym letnim sportem. To zawsze jakaś alternatywa w stosunku do sztafety, która jest system zmianowym, znienawidzonym przez związki zawodowe. Rozwijając tę myśl, gdyby tylko drogi polskie pozwoliły, można by zrobić pielgrzymkę Formuły 1, prowadzoną przez Kubicę. Ostatecznie, pamiętając przypadek Leszka Białego, który nie mógł się udać na pielgrzymkę z powodu przyzwyczajenia do piwa, trasa pielgrzymkowa mogłaby zostać wyznaczona na torze wyścigowym.
Ms. Highway: Tutaj już mówisz o idei nowoczesnej pielgrzymki w ogóle, takiej, która nie oczekuje od wiernych sandałów, ale przeżycia duchowego, świadomości intencji. To nie jest zły pomysł, ale popatrz na przykład na włoskich piłkarzy - oni poszli na pielgrzymkę pieszo, po wygranym meczu, w środku nocy. Ja jednak upierałabym się, że lepiej w pielgrzymce iść niż biegać - bo jest czas na rozmowę, wspólne śpiewanie. Biegacze siłą rzeczy zaczynają ze sobą konkurować, jeśli tylko wiedzą, że jest jakiś konkretny dystans do przebycia. A pielgrzymowanie nie jest chyba aż tak bardzo na czas - wystarczy zdążyć na 15 sierpnia na Jasną Górę.
JW: W takim razie czy nie lepiej zamiast biegać w pielgrzymce jednak jechać na pielgrzymkę mercedesem? Co prawda nie ma takiej umartwiającej niewygody, ale za to jest lepsze wyizolowanie, cisza, skupienie, wewnętrzne. Ciało chowa się w miękkim siedzeniu i znika, zostaje sam umysł, dusza. Można by też śpiewać razem pieśni przez CB radio.
Ms. Highway: Generalnie rzecz biorąc, podejmowane były pielgrzymki biznesmenów długimi limuzynami, ale nie spełnia to podstawowego warunku: poświęcenia się i ukorzenia. Trudno podążać w mercedesie na kolanach, w trudzie i znoju.
JW: Ale i na to jest wyjście w kraju rozwiniętym - należałoby mieć ten samochód na kredyt. Wówczas można się zaharowywać pracy, w pocie czoła, i podczas pielgrzymki tylko okazywać wszem i wobec, że się człowiek męczy przez cały rok. Jak się porządnie ukorzymy, będziemy się mogli oczyścić z pychy. Do tego oczyszczenia logicznie rzecz biorąc dobrze byłoby się najpierw pysznić. Kupno limuzyny załatwi jedno i drugie. No i swoją konsumpcją  dóbr napędzamy koniunkturę w kryzysie. Czyż to nie prawdziwe poświęcenie?  Dla gospodarki państwowej, dla siedzeń rodziny, dla własnego charakteru.
Ms. Highway: Z tą wizją limuzyny chyba zaczynam bardziej wierzyć w wartość ascezy.