Kebab, sushi, batonik, zupa wodzianka - tak naprawdę w korporacji nie ma znaczenia, co jesz na obiad, ale z kim jesz.

REKLAMA
Ms. Highway: Najgorsze, co możesz zrobić (nie tylko dla zdrowia, ale przede wszystkim z przyczyn towarzyskich), to jedzenie przy klawiaturze komputera. Oszczędzasz czas, ale tracisz możliwość, żeby faktycznie zaistnieć w firmie i usłyszeć najnowsze plotki.
Jacek Wasilewski: Kiedyś zdjąłem osłonę klawiatury i zobaczyłem tam takie rzeczy, że cieszę się, że tego nie zjadłem. To archeologia żywienia.
Ms. Highway: Dietetycy zalecają posiłki pięć razy dziennie, więc w pracy też zjeść coś trzeba. Dla ludzi pracowitych to tortura - organizm wyje o kalorie, ale jak je wchłonąć biegając ze spotkania na spotkanie? Na szczęście jest grupa, która pracy nie lubi i czeka od rana, na zjedzenie obiadu - oni z godzinkę zawsze wyrwą.
Jacek Wasilewski: Ludzie o wolnych zawodach mieli biura w kawiarniach i żyli tartą, która jak wiadomo, ciastkiem nie jest, bo nie ma spodu. Nie muszą chodzić na obiad, bo przy stole są i tak cały czas. Ciągły dopływ glukozy powoduje wybujały optymizm, dlatego polscy artyści myślą, że ktoś zapłaci za bilet na durną komedię.
Ms. Highway: I wtedy pojawia się Tomasz Raczek, który od ciastek trzyma się zdala. Ale większość śmiertelników siedzi jednak w pracy i jakoś z obiadem musi sobie poradzić.
Grupa pierwsza, najmniej liczna, to ci, którzy przynoszą gotowe obiady z domu - tu nie ma się co rozwodzić - należą do niej albo faceci na diecie, albo kobiety, zdeterminowane do liczenia kalorii. Oszczędność ma znaczenie drugorzędne. Bardziej chodzi o kaloryczną kalkulację. Druga grupa - ekstremiści, ma nie tylko chwilę na zjedzenie, ale także na przyrządzanie posiłku w biurowej kuchni. To głównie osoby oderwane od rzeczywistości. Nie dociera do nich, że po takich kulinarnych zabiegach zapachem łososia przechodzą także sweterki koleżanek, które powoli i metodycznie zaczynają “kucharki” nienawidzić.
logo

Jacek Wasilewski: Są jeszcze wyznawcy suchej karmy: żywią się nią rybki, psy i zapychacze żołądków. Batoniki, wafle, słone paluszki. Szkodliwe jedzenie, puste kalorie, ale tanio. Jedyny kluczowy problem jest taki, że jeśli wyciągasz chyłkiem z torby coś szeleszczącego i dającego się podzielić, nie wypada nie poczęstować. Generalnie za bardzo się nie najesz, ale cię polubią. Sucha karma przydaje się głównie na konferencjach, bo z zapchanymi ustami trudniej mówić bzdury.
Ms. Highway: Żołnierz korporacji podczas służby biurka opuścić nie może. Jedzenie tylko mu donoszą, ale najpierw musi zamówić. A zamawianie to cały rytuał. Drobną robotę: zbieranie składek, oddawanie reszty ogarniają wyrobnicy. Chętni, by przysłużyć się grupie i nie potrafiący odpowiednio asertywnie odmawiać. Lider grupy czeka, aż mu przywiozą.
Jacek Wasilewski: Obiadu nie przywiezie ci samiec alfa, ani właściciel drogiego samochodu - a nuż sos z sajgonek zaplami beżową tapicerkę? Szuka się ofiary, która zwykle nie ma auta, więc jedzie rowerem albo idzie pieszo, a wraca cała zestresowana. Z 10 porcjami chińczyka uwieszonymi na kierownicy z trudem zachowuje nie tylko zasady bezpieczeństwa, ale także równowagę. Rola dla samarytanina masochisty.
Ms. Highway: Jest jeszcze typowy rytuał korporacyjny puszenia się i ustawiania kolejności dziobania: grupowy spacer na obiad. Na przykład na miasto.
Jacek Wasilewski: Z badań Philips Index 2012 wynika, że wśród Polaków najpopularniejsze miejsca na obiad to pizzeria (35% jedzących poza domem) - do restauracji chodzi 30% z tych, którzy jadają na mieście. Głównie rocznice ślubu i delegacje. Na fast foody i bary - opcję ekonomiczną - decyduje się 14%. Im lepiej wykształceni, tym mniej lubią polskie schabowe, dlatego Michał Figurski cierpi z braku sushi. Być może obniżyć swoje wykształcenie.
Ms. Highway: Z perepektywy żołnierza korporacji lepiej iść jednak na stołówkę. Jak to wygląda? Korpodominator rzuca hasło: "idziemy jeść". Grupy są najczęściej stałe i nie mieszają się płciowo - trochę to przypomina podstawówkę. To, co się je, nie ma znaczenia - wybór jest domyślny. Bardziej chodzi o półgodzinny small talk, który utrwala hierarchię w grupie i demonstruje siłę stada w porównaniu do innych siedzących na stołówce stad. Przeżuwa się długo i popija kompotem, gardząc tymi, którzy są przy biurkach, a przy okazji - obgadując ich.
Jacek Wasilewski: Obiad na mieście, jeśli nie jest biznesowy, to rozwiązanie idealne dla osób, którym w pracy się nudzi - zabierasz jedną czy dwie osoby i macie zagospodarowane półtorej godziny z dala od kompa. Odpoczywa wzrok i odpoczywają od was współpracownicy. Lenie to druga oprócz freelancerów grupa utrzymująca knajpy i kawiarnie.
Ms. Highway: No i jeszcze szczególny typ obiadu: cztery oczy. Dla zakochanych, dla tych, którzy muszą coś załatwić i dla tych, którzy wiedzą, że chodzenie na stołówkę w towarzystwie szefa zawsze się opłaca. Inni nie mają pojęcia, o czym rozmawiacie, ale jeśli razem z przełożonym jecie, to jesteście namaszczeni i trzeba się dobrze zastanowić, zanim się na was doniesie.