Mając prawa człowieka, postęp technologiczny, godność itp. dalej jesteśmy w stanie uprawiać kanibalizm. Wcale nie pogrzebaliśmy go razem z plemiennymi przepaskami na biodra. Kultura zjadania ziomków stała się tylko bardziej wyrafinowana. Niemożliwe? Możliwe. Prześwietlamy sprawę.
REKLAMA
Ms. Highway: Na pierwszy rzut oka kanibale to patologiczne typy, jak Hannibal Lecter.
Jacek Wasilewski: A jednak kanibale są wśród nas. Jest nawet taka jednostka chorobowa: psychoza Wendiego. Nagle po prostu łapie cię chęć na kawałek ludzkiego ciała. Najpierw wpadasz w depresję, nie masz apetytu, a potem pojawiają się halucynacje i zaczyna ci się wydawać, że jesteś Wendim - stworem o sercu z lodu, który żywi się ludzkim mięsem. Najczęściej żywisz się osobami z najbliższego otoczenia.
MsH: A jak już zjem rodzinę, to mogę się jakoś wyleczyć?
JW: Oczywiście - wystarczy niedźwiedzi tłuszcz.
MsH: To dobre dla facetów po 30., którzy stracili sens życia. Dla kobiet kanibalizm musi być zdrowy, leczniczy, farmaceutyczny. Choć osobiście uważam to za jeden z najohydniejszych przejawów kanibalizmu, czyli fachowo - placentofagia. Jedzenie łożyska. Najczęściej swojego. Nikt nie wie, o co w tym tak naprawdę chodzi. Z dziwnych przyczyn w naszej kulturze pokutuje myślenie, że to zwyczajnie... zdrowe. Samice ssaków generalnie łożyska jadają - podobno dlatego, że znieczulają, zwiększają szanse na kolejną ciążę i poprawiają więź z potomstwem. Ale od czego mamy postęp? Za jedyne 225 USD możesz uniknąć jedzenia zakrwawionego organu i kupić sobie eleganckie tabletki z łożyska. Oczywiście made in USA. To ja już wolę obgryzanie paznokci.
JW: Gorzej, jeśli robiłaś takie seanse obgryzania to, jak byłaś mała.
MsH: Palce się skracają?
JW: Naukowcy przebadali uralskie dzieci i wyszło na to, że te obgryzające paznokcie w dorosłym życiu są mniej inteligentne. Toksyczne substancje, brud, zarazki - paznokcie są miłym lokum dla bakterii. Lepiej chyba, jak Włosi w renesansie, zjadać coś ze środka. Np. wątrobę przeciwnika. Można też wyssać trochę krwi. Jak w Paryżu po egzekucjach, kiedy gapie często zabierali skrawki ciała i ciamkali z ukontentowaniem.
MsH: Dzisiejsza transplantologia też jest w pewnym sensie wchłanianiem czyjegoś organu.
JW: Jest to rodzaj połykania bezpośrednio przez brzuch lub lędźwie.
MsH: Wcześniej robiono to symbolicznie: żeby nabyć sił witalnych przeciwnika. Dziś to bezimienni przyjaciele są źródłem naszych sił.
JW: Kanibalistyczne impulsy trafiają też do mediów.
MsH: I to nie tylko do Hollywood, bo w Europie da się zobaczyć fascynatów tego obyczaju. Prosty przykład: dwóch prezenterów holenderskiej telewizji zjadło po kawałku swoich ciał.
JW: A nie była to liturgia chrześciajńską z transsubstancjacją, czyli przemianą chleba w realne boskie ciało, co jest podstawowym nieco kanibalistycznym dogmatem kościoła?
MsH: Oni zjadali się dla rozrywki, podczas kolacji przy świecach. Zgadnij, skąd sobie wycięli kotlety.
JW: Golonka?
Ms. H.: Udziec. To było mięso wycięte z uda i brzucha.
JW: Domyślałem się, czyli mało dietetyczne, z tłuszczykiem. Faceci tak wolą.
MsH: Jednemu smakowało bardziej, drugiemu mniej. Panów zainspirował film Alive o katastrofie w Andach. Tam ocaleli, by przeżyć, musieli zjadać ciała pozostałych pasażerów. To, co było straszne, staje się telewizyjnym show. Spektakl przekraczanie granic sam szuka swoich granic. Jesteśmy jak gąsienice - zżeramy liść, na którym żyjemy. Kosumowanie telewizyjne zanikania głównych tabu naszej kultury powoduje, że gąsienica spadnie z liścia i nie przemieni się w motyla.
JW: Konsumpcja ludzkiego ciała i jego przetworów może być też mieć pozytywną mitologię, z serii tzw. urban legends. Czytałem kiedyś na forach internetowych dyskusje o zbawiennym wpływie spermy na kobiece zdrowie*?
MsH: Oczywiście. Przyjemność przyjemnością, ale musi chodzić o coś więcej. Bo co zrobić, jeśli drugi człowiek po prostu nie smakuje? Dla piękności warto trochę pocierpieć.
