REKLAMA
Do dzisiaj pozostawało to w sferze domysłów i niedomówień, ale teraz już wiemy! Feministki to jednak inny - zapewne lepszy - gatunek kobiet. A z pewnością bardziej kobiecy, bardziej płodny. Jak zadeklarowała ostatnio Kazimiera Szczuka - bazując zapewne na znajomości własnego ciała - kobieta jest płodna przez dziewięć dni w miesiącu. Brzmi to naprawdę imponująco, jeśli tylko słowa te odniesiemy do standardowej wiedzy medycznej, wedle której czas od uwolnienia komórki jajowej do jej obumarcia wynosi 24 godziny. A jeśli do tych nie-feministycznych, nędznych 24 godzin dodamy 72 godzinny żywotności plemników, płodny okres zwykłej, tej mniej „kobiecej” kobiety zamknie się w 4 dniach w miesiącu.
Drogie Panie! Najwyraźniej wystarczy przekroczyć ciasne granice własnych horyzontów, a Wasze ciała pokonają odwieczne prawa biologii!
A tak zupełnie na serio, to deklarację pani Szczuki powinniśmy widzieć w nieco szerszym kontekście. Faktem jest, że część ginekologów - szczególnie zwolennicy szpikowania kobiet hormonami - rozszerzają okres płodny na niemal trzecią część miesiąca. Jest w tym jednak coś bardzo nieludzkiego. Z jednej strony silna agitacja za tabletkami antykoncepcyjnymi jest próbą oderwania ciała od jego biologicznych korzeni. O ile jednak o zagrożeniu związanym z nadużywaniem antybiotyków jest coraz głośniej, o tyle o szkodliwości hormonalnej antykoncepcji media wciąż milczą. A szkodliwość ta nie podlega dyskusji.
Całkiem niedawno po cichu wycofano z francuskiego rynku środek Diane-35, którego związek ze śmiercią stosującej go kobiety okazał się bezdyskusyjny. Lobby antykoncepcji farmakologicznej jest jednak na tyle silne, że sprawę udało się niemal zatuszować, a przynajmniej uniknąć nagłośnienia. Farmakologia to olbrzymie pieniądze, to niczym legalny rynek narkotyków. Jakże prosto jest przekonać młodą dziewczynę, że najważniejsza jest w życiu frajda pozbawiona odpowiedzialności. Obraz farmakologicznego „raju” jest prosty: to seks bez konsekwencji i bez odpowiedzialności. Czysta frajda za te kilka złotych, które wydać trzeba na tabletkę (w najgorszym przypadku na tak zwaną tabletkę wczesnoporonną lub drobny „zabieg” w postaci wyskrobania blastocysty).
A „piekło”? Piekłem w takim świecie jest „płodność”, którą rozszerza się na te 9-10 dni. Piekłem jest olbrzymi lęk wynikający z rozregulowania organizmu, jeśli tylko odstawi się boski narkotyk rozkoszy w postaci maluteńkiej pigułki. Razem z hormonalną antykoncepcją sprzedaje się nam dziwny świat. Świat, w którym największym złem jest rodzina oraz odpowiedzialność za siebie i innych. Świat, który ma być przede wszystkim „rozkoszą”, nawet za cenę porzucenia własnej biologii, własnego zdrowia i własnego sumienia.
Czym ma być edukacja seksualna, o którą pani Szczuka tak gorliwie zabiega? Nie mam wątpliwości, że proponuje się nam nauczanie o seksie w jego najprostszym, mechaniczno-farmakologicznym wymiarze. Człowiek - ze wszystkimi meandrami jego duszy - został pominięty. A może po prostu wyskrobany.