REKLAMA
Z jednej strony można zrozumieć oburzenie mediów i polityków – viceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego rzeczywiście nie powinien brać udziału w pijackich awanturach. Tyle tylko, że wyrok na Jacka Protasiewicza wydała zwykła bulwarówka, która swoje istnienie buduje na plotkach.
Tak na marginesie, nie wyobrażam sobie, by podobne „newsy” rozpowszechniane w polskich tabloidach mogły wywołać zdecydowaną reakcję Angeli Merkel wobec Martina Schulza. Nie wyobrażam też sobie, by jakikolwiek polski celnik mógł zwrócić się do niego słowami „wynocha”. A jednak – słowa wyplute przez niemiecki tabloid wystarczyły, by premier polskiego rządu wypiął się na jednego z najważniejszych polskich polityków w UE mówiąc „na pewno jakieś konsekwencje będą, nie ma się co łudzić”. Łudziłem się, że premier potrafi wyciągnąć konsekwencje wobec winnego bądź walczyć o dobre imię niewinnego.
Jako obywatel chciałbym wierzyć, że w sytuacji zagrożenia państwo polskie stanie po mojej stronie. Premier Tusk – ważąc z jednej strony słowa Jacka Protasiewicza, a z drugiej szmatławe sensacje prasy bulwarowej – pokazał, czyje słowa są dla niego ważniejsze. Przykry jest ten „polski kompleks”. A to, że premier polskiego rządu kompleks ten wzmacnia jest po prostu obrzydliwe.