Mijają dwa lata od katastrofy pod Smoleńskiem, a emocje związane z samymi okolicznościami i wzajemne oskarżenia w Polsce skłóconych obozów wcale nie maleją. Więcej, po upływie tych dwóch lat możemy zobaczyć jak sprawa katastrofy podzieliła Polaków, co niesie za sobą istotne konsekwencje. W naturalny sposób spory wokół Smoleńska są wykorzystywane przez władzę na Kremlu, która jak napisałem w sierpniu 2011 r. w „Rzeczpospolitej”, dba o to, aby pogłębiał się rów nieufności nad Wisłą, kopany przez nią znacznie wcześniej niż 10 kwietnia 2010 r.

REKLAMA
Biorąc pod uwagę deklaracje i konkrety jak np. raport MAK i klimat w przychylnych rządowi mediach można powiedzieć, że rosyjska władza z pełną premedytacją dąży do tego, aby polska i światowa opinia publiczna uznały, że liderzy polskiego rządu są niezdolni do bronienia naszego interesu narodowego. Trudno dziwić się takim działaniom. Polska jest naturalnym liderem w Europie Środkowo-Wschodniej. Pokazała to dobrze wojna w Gruzji w 2008 r., gdy prezydent Kaczyński organizował koalicję pięciu przywódców z tego regionu, aby wesprzeć prezydenta Saakaszwilego. Udało się wówczas pokrzyżować rosyjskie szyki.
Po katastrofie smoleńskiej rosyjskie władze postanowiły wykorzystać moment i z jednej strony zadbać o własne interesy, czyli decydującą rolę przy śledztwie, a z drugiej strony rozgrywać Polskę, dzielić i podkopywać zaufanie do naszego państwa. Nie ma co do tego żadnych złudzeń, a Rosja traktuje to jako część twardej, ale skutecznej techniki w uprawianiu polityki międzynarodowej. Władze na Kremlu nie walczyły personalnie z Lechem Kaczyńskim, tak jak teraz nie starają się personalnie dyskredytować premiera Donalda Tuska. Chodzi im o uderzanie w Polskę, jako najmocniejszego gracza w tej części regionu. Słaba Polska to jeden z głównych celów rosyjskiego działania.
Brutalna rosyjska gra
Świadomość zwykłej politycznej gry, którą chce nam narzucić Moskwa powinna skutecznie studzić nasze zapały do „bratobójczej” walki pod partyjnymi sztandarami. Powtórzę raz jeszcze: Rosja narzuca tę grę naszemu państwu. Działaniami w stylu „divide et impera” można Polskę skutecznie neutralizować na arenie międzynarodowej. Nie trzeba chyba wskazywać palcem kto czerpie polityczne profity z tego, że jesteśmy w ogniu nieustającego konfliktu wewnętrznego.
Od lat różnego szczebla władze rosyjskie prowokują Polaków co jakiś czas do antyrosyjskich wystąpień, aby stworzyć na arenie międzynarodowej obraz Polski jako kraju odrzucającego chęć współpracy czy poprawy wzajemnych stosunków. Później Rosja korzysta z obrazu, który sama uprzednio wykreowała. Przykład mieliśmy w negocjacjach dotyczących budowy gazociągu północnego. Rosja od lat uzasadnia potrzebę jego budowy niesprzyjającym jej klimatem politycznym w Polsce. Wiadomo, że między rządem a opozycją powinno istnieć twórcze napięcie przybierające często formę ostrego politycznego sporu. Ale ten spór nie może przekroczyć granic, godzących w dobro naszego państwa.
Cel Rosji można podsumować krótko: Polska z gębą rusofoba - słaba, pozbawiona silnego rządu, uwikłana w konflikty wewnętrzne, niebędąca w stanie walczyć o swoje interesy w stosunkach z Rosją. Niezależnie od sympatii politycznych i przyświecających intencji wszystkie działania godzące w autorytet polskich władz, obiektywnie rzecz biorąc, wpisują się w przemyślane kalkulacje władz rosyjskich.
Każda ze stron na politycznej mapie w katastrofie smoleńskiej straciła kogoś ważnego i bliskiego. Dla mnie takimi osobami byli prezydent Ryszard Kaczorowski i marszałek Sejmu Maciej Płażyński, na których pomocy i wsparciu od lat mogłem polegać. Ofiary tej tragedii pochodziły z tak różnych środowisk, że każdy Polak może na liście ofiar znaleźć kogoś, kogo darzył sympatią. Biorąc to pod uwagę, tym bardziej boli, że wspólne, bardzo bolesne doświadczenie nie połączyło nas.
Opinia międzynarodowa
Najważniejszym wymiarem, o którym chyba czasami zapominamy jest to, co nadal w związku z katastrofą przeżywają rodziny ofiar. Co jakiś czas pojawia się wątek umiędzynarodowienia śledztwa. Ale pojawia się też pytanie, kto to ma zrobić, kto zaangażuje się po stronie Polski wchodząc w dobie kryzysu i gospodarczej niepewności w spór z Rosją, bo z tym się to wiąże? Może zrobią to Stany Zjednoczone, których prezydent zwraca się w stronę Azji i nie boi się publicznie wyznać, że „Europa go nie interesuje” i zrezygnować z odwiedzenia nawet Wielkiej Brytanii.
A może właśnie Brytyjczycy, którzy wysiłki Polaków odnośnie wyjaśnienia katastrofy nad Gibraltarem i śmierci gen. Sikorskiego skwitowali utajnieniem materiałów w tej sprawie na kolejnych 50 lat? Gorzkie to są zdania, ale ważne żeby one wybrzmiały. Sceptycyzmu w liczeniu na umiędzynarodowienie śledztwa uczą też krwawe wydarzeniom na świecie. Przykładowo w Syrii, Rosja robi u „swojego sojusznika co chce”. A międzynarodowa opinia przygląda się temu bezradnie.
W miniony piątek w USA sąd skazał na 25 lat więzienia Wiktora Buta, Rosjanina mającego związek z tamtejszymi służbami, najsłynniejszego handlarza bronią na świecie. To historia Buta posłużyła jako wzór scenarzyście filmu „Pan życia i śmierci”. Dostał 25 lat, a prokuratorzy żądali dożywocia, w ONZ można usłyszeć, że But złamał chyba wszystkie istniejące embarga. A rosyjskie MSZ z pazurem reaguje na wyrok, nazywając go stronniczym i wymierzonym w Rosję. Deklaruje też, że sprowadzenie „handlarza śmiercią” do kraju będzie priorytetem w relacjach z USA. Te dwa przykłady chyba najlepiej pokazują, jak Rosja liczy się z opinią międzynarodową.
Jesteśmy im winni prawdę
Jako Polacy jesteśmy winni 96 naszym rodakom ich rodzinom prawdę o okolicznościach katastrofy. Temat okoliczności, śledztwo to obszar na którym dalej możemy toczyć walkę na śmierć i życie. Tylko znów ciśnie się pytanie: i co z tego wyniknie. To, że wrak samolotu nadal leży w Rosji jest takim samym policzkiem dla kogoś kto głosuje na PiS bo uważa, że to był zamach, jak i dla wyborców innej partii oraz dla tych, którzy zawieszają sąd odnośnie przyczyn.
I nie miejmy złudzeń. Przez ostatnie dwa lata, chyba najskuteczniejszym narzędziem służącym do kopania przez Rosjan tego rowu nad Wisłą był właśnie wrak Tu-154M. Minister sprawiedliwości Jarosław Gowin zapowiedział w RMF FM, że w maju najprawdopodobniej jedzie do Moskwy i będzie tam rozmawiał ze swoim rosyjskim odpowiednikiem. - Będziemy rozmawiać między innymi na temat wraku, ale mam świadomość, że decyzje w tej sprawie zapadają w Rosji na najwyższym szczeblu – stwierdził Jarosław Gowin.
To o czym mówi minister sprawiedliwości pokazuje grząskość terenu w jakim poruszamy się w sprawie Smoleńska. Trudno współpracuje się z kimś, kto nie stroni od deklaracji, ale ich nie wypełnia. Już dawno przecież otrzymaliśmy zapewnienia, że wrak tupolewa wróci do Polski. A efektów nie ma. Trudno określić to inaczej niż skandal. Ale Władimir Putin, bo tak należy rozmieć „najwyższy szczebel” w Rosji, jak mi się wydaje celowo ten skandal podsyca. Przypomnijmy, że od 10 kwietnia 2010 r. wrak polskiego Tu-154M pozostawał niezabezpieczony na płycie lotniska Siewiernyj. Dopiero od października 2010 r. jest on ogrodzony i przykryty brezentem, a od stycznia 2012 r. osłonięty wiatą.
Niedawno trafiły do Polski dokumenty rosyjskich prokuratorów m.in. z oględzin miejsca katastrofy. Właśnie zostały one przetłumaczone i zamiast rzucać światło przydają kolejnych wątpliwości. Jak się okazało, w papierach z Moskwy w ogóle nie ma dokumentacji fotograficznej słynnej brzozy, która miała urwać skrzydło tupolewa i doprowadzić do rozbicia się maszyny. Przypomnijmy, że jako pierwszy mówił o tym komitet MAK i jego szefowa Tatiana Anodina. Jak widać czeka nas jeszcze trochę pracy, czasu i na pewno nerwów, zanim będziemy mogli powiedzieć z całą pewnością dlaczego 96 osób zginęło.
Rosja będzie robić wszystko , żebyśmy jak najdłużej nie poznali prawdy. Tak długo nie poznamy prawdy, jak długo nie będziemy mieli zaufania do siebie i do swojego państwa. Wikłając się w ostry, nieprzydatny spór skutecznie rozpisany i podsycany przez Moskwę sami sobie zamykamy drogę do poznania wszystkich okoliczności tej tragedii.